Redakcja 03.01.2017

Futbol po lapońsku. FC Santa Claus to bardzo niegrzeczni chłopcy

Zbliżamy się do najcudowniejszego czasu w roku, ale dla najbardziej świątecznie nazwanego klubu na świecie, rok 2016 nie był wcale tak udany. FFT udało się do Laponii, żeby dowiedzieć się dlaczego.

Na twarzy Tomiego Koskiego pojawia się grymas, kiedy przygotowuje się do zdjęcia dla FourFourTwo. Święta za pasem, a to oznaczać może tylko jedno. Czas na dziwne sesje zdjęciowe.

– W ubiegłą zimę stałem po kolana w śniegu, w lesie, mając na sobie cały swój strój – tłumaczy. – Myślałem sobie wtedy: „Jestem piłkarzem, dlaczego więc tutaj stoję?”. Ale przyzwyczaiłem się. To pewien rodzaj zabawy. Inne kluby nie są przyzwyczajone do tego typu zachowań.

Tego wieczora piłkarze FC Santa Claus przebierają się w stroje elfów do reklamy, podczas której będą trenować na pokrytym śniegiem małym stadionie Keskuskentta, głównym obiekcie sportowym Rovaniemi.

Gwoli ścisłości, prawdziwy sezon dla klubu zakończył się kilka dobrych tygodni temu, bo już pierwszego października. Jesteśmy w Laponii, bardzo na północ Finlandii, gdzie obecnie temperatura dochodzi do minus 10. Powiadają, że czasami schodzi tutaj nawet do minus 38.

Ale pomimo terminarza spotkań, jest to bardzo pracowity okres dla najbardziej świątecznie nazwanego klubu na świecie. Nikogo nie dziwi, że największe zainteresowanie przypada na drugą połowę grudnia.

W tym roku nie ma jednak zbyt wielu powodów do radości w drużynie. Obrońca Juho Saukko uśmiecha się nerwowo, kiedy FFT pyta, jak poszło jego zespołowi w 2016 roku. – Cóż, wystarczy spojrzeć w tabelę – wyznaje. –Nie był to dobry rok.

Rzeczywiście nie był. FC Santa Claus, klub założony w 1993 roku, spędził ostatni sezon w trzeciej lidze finlandzkiej. Po tym jak kilku doświadczonych zawodników odeszło z klubu, udało im się uzbierać tylko osiem punktów w 22 spotkaniach. Co więcej, w sumie stracili aż 102 gole. Spadek był nieunikniony, gdyż zakończyli rozgrywki 19 punktów poza strefą bezpieczeństwa, przegrywając wszystkie 13 ostatnich meczów.

– Nie mam pojęcia, co się wydarzyło. To bardzo młoda drużyna, a kiedy przegraliśmy trzy lub cztery mecze, ciężko było zawodnikom odnaleźć motywację i skupienie – przyznaje Koski, kapitan drużyny, który w wieku 26 lat jest najstarszym zawodnikiem klubu.

Pośród różnych porażek przytrafiła się przegrana 0:9 z Herculesem – ekipą prowadzoną przez byłego napastnika Evertonu i reprezentacji Nigerii, Daniela Amokachiego, która zakończyła ligę na 8 z 12 miejsc. Następnie przyszło największe upokorzenie: 0:16 z rywalem z Kajaani.

– To było okropne – tłumaczy 18-letni Saukko, który przeszedł do seniorskiej drużyny w tym roku. – Zagrałem w tym meczu i ludzie wciąż mnie pytają: „Czy naprawdę grałeś w tym zespole, co przegrał 0:16?”. Cóż, mieliśmy sporo kontuzji i nie było wystarczająco osób do gry w tym spotkaniu.

– W tym momencie sezonu wiele osób się poddało – dopowiada Koski, wyjaśniając dlaczego na wyjazdowe spotkanie zgłosiło się tylko 11 graczy FC Santa Claus. – Pojawiły się naprawdę żałosne wymówki ze strony osób, które nie pojechały. Przypuszczam, że wszyscy spodziewali się porażki i po prostu nie chciało im się spędzać 4 godzin w podróży.

– Musieliśmy wystawić trzech bramkarzy w wyjściowym składzie. Dwóch z nich zagrało w ataku. Dawali z siebie wszystko, ale kiedy jesteś golkiperem, to nawet będąc dobrym graczem nie dorównasz tym, którzy zwykle grają w polu. Ten mecz był naprawdę żałosny. Minęło zaledwie sześć lub siedem minut, nim wpadła pierwsza bramka. Choć wcześniej naprawdę myślałem, że może nam się coś udać. Potem strzelili gola i pomyślałem: „Oho, zaczyna się”. Zaczął wpadać gol za golem. Raz rywale trafili w słupek, ale później niemal każdy strzał kończył się bramką.

FC Santa Claus nie mają przynajmniej problemów z obsadą bramki: w sumie mają pięciu bramkarzy, dwóch z nich nie było w stanie zagrać tego dnia. Mikko Rantala nie dał rady, gdyż stał tego dnia za barem w Vegas – lokalnym kasynie Feel Vegas, miejscu, gdzie pracuje do wczesnych godzin porannych niemal każdego dnia.

– To ciężka sprawa dla Mikko – przyznaje Koski. – Pracuje do 4 rano. Raz musieliśmy wyjechać na mecz o piątej, więc dołączył do nas prosto z pracy i spał w busie. Czy zdarzyło mu się przysnąć na meczu? Może, gdybyśmy utrzymywali się przy piłce, miałby taką okazję, ale był taki ruch w naszym polu karnym, że mogę was zapewnić, iż nie miał na to sekundy!

Rentala narzeka z kolei na to, że klub jest zbyt wysunięty na północ. – Większość drużyn pochodzi z południa – marudzi. – W ubiegłym sezonie pokonaliśmy 10 tysięcy kilometrów busem. Trudno wysiedzieć tyle na tyłku, to naprawdę sporo czasu. Ale w klubie wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. Dla nas nazwa drużyny jest normalna, ale kiedy powiedziałem swojej dziewczynie, że gram dla FC Santa Claus, bardzo ją to rozbawiło.

Nie była jedyną, która tak zareagowała na nazwę. Koski dodaje: – Wysłuchujemy naprawdę żenujące żarty od swoich rywali na temat Świętego Mikołaja, elfów i reniferów. Może niektóre zespoły czują się przez to lepsze. Niektórzy natomiast dodatkowo się motywują, gdyż nie chcą przegrać z klubem o takiej nazwie.

„Sukces i bycie dobrymi chłopakami to dwie różne rzeczy”

W 2017 roku FC Santa Claus zagrają znów w czwartej lidze, z której uciekli dwa lata temu. 23-letnia historia klubu to okres dzielony pomiędzy rozgrywki trzeciej i czwartej ligi w Finlandii. Drużyna powstała z połączenia dwóch lokalnych ekip w Rovaniemi, stolicy Laponii, której populacja to zaledwie 60 tysięcy mieszkańców. Laponia to według fińskiego folkloru ojczyzna Świętego Mikołaja i chociaż pierwotnie rezydował on w Korvatunturi, jakieś 200 kilometrów na północny-wschód, Wioska Świętego Mikołaja została otwarta w Rovaniemi w 1985 roku.

Tarho Iljin, jeden z założycieli klubu, wyczuł w tym dobrą okazję. – Kiedy zakładaliśmy klub, byłem wśród tych, którzy mówili o nazwie FC Santa Claus – wspomina Iljin, którzy większość spotkań ogląda z trybun. –Wszyscy pomyśleli o tym przez chwilę i się zgodzili. Chcieliśmy, żeby to był dobry krok w przyszłość.

Obecnie, 68-letni mężczyzna pokazuje oryginalny strój FC Santa Claus z lat 90. Znajduje się na nim oryginalny herb klubu, który przedstawia machającego Mikołaja z piłką. Współczesny Mikołaj najwyraźniej zmęczył się tym całym machaniem i na nowym logo widnieje jego podobizna siedząca za biurkiem i pisząca coś, najprawdopodobniej swoją listę „grzecznych” i „niegrzecznych” dzieci.

Iljin odegrał dość znaczącą rolę w rozpoznawalności marki Świętego Mikołaja w Rovaniemi – nowy hotel w tej miejscowości otrzymał nazwę Hotel Santa Claus, oczywiście po jego sugestii. FFT zatrzymało się w powiązanym z tą siecią Hotelem Rudolf. Trudno wybrać się gdziekolwiek w tym mieście, żeby nie natknąć się na coś związanego ze świętami, nawet latem. A turyści napływają tam cały czas, zwłaszcza w grudniu.

Co ciekawe, pełna nazwa klubu to FC Santa Claus AC – przy czym AC pochodzi od koła podbiegunowego (od angielskiego „arctic circle”), a nie jest nawiązaniem do AC Milanu. I co może być dziwne, wymagało to zgody samego Mikołaja. Na szczęście, nie trzeba było daleko wybierać się po decyzje: Święty Mikołaj rezyduje w Wiosce Świętego Mikołaja zaledwie kilka kilometrów na północ od miasta, tuż pod linią koło podbiegunowego. Wszyscy, z którymi rozmawialiśmy w Rovaniemi, w pewnym sensie przyznali, iż jest to prawdziwy Mikołaj, który zaprosił FFT do swojej rezydencji na ekskluzywny, choć surrealistyczny wywiad.

– Wszyscy są moimi dobrymi przyjaciółmi, więc zezwoliłem im na używanie mojego imienia – wyjaśnia nam Mikołaj, kiedy pytamy go o FC Santa Claus, grających w czerwono-białych strojach. – Dawno, dawno temu, mieliśmy rozmowy na ten temat, ale trwało to bardzo krótko i szybko powiedziałem „tak”! Kiedy byłem młodszy, sam co nieco kopałem. Na jakiej pozycji? Cóż, wtedy nie było jeszcze żadnych pozycji, każdy był wszędzie, biegając za piłką.

Czujemy, że to pytanie musi zostać zadane: co Mikołaj uważa na temat formy swojego spokrewnionego klubu? Czy w związku ze spadkiem Boże Narodzenie zostanie odwołane? Ale będzie może mniej prezentów?

– Nie, nie, te dwie rzeczy nie mają ze sobą związku. Wiele ludzi odnosi sukces, ale nawet nie pytają mnie, czy byli grzeczni – wyznaje nasz osobliwy rozmówca. I dodaje, iż może tylko ubolewać, że ma tak wiele innych zobowiązań, które nie pozwalają mu zbytnio uczestniczyć w życiu klubu. Czasami jednak pojawi się i oficjalnie rozpocznie mecz, zapozuje z piłkarzami, czy zrobi sobie fotkę na stronę klubu. – Byłem na kilku ich meczach, ale odwiedza mnie corocznie ponad pół miliona ludzi, więc jestem przez to „odrobinę” zajęty – zaznacza. – Jeśli podzielimy sobie tę liczbę przez 364, wychodzi, że dziennie mam naprawdę sporo gości przez cały rok. A przez jeden dzień, z wiadomych przyczyn, jestem poza domem.

Mikołaj nie ma zatem zbyt wiele do zrobienia w klubie, ale Juha Etalainen zazwyczaj już tak. Podobnie jak piłkarze, jako sekretarz klubu jest wolontariuszem-entuzjastą. Jest także jednym z ludzi, którzy pamiętają dni, kiedy 5000 osób przyszło obejrzeć towarzyski pojedynek FC Santa Claus z Crystal Palace w 1997 roku. Obecnie średnia widzów oscyluje wokół 60.

– Wiele drużyn z Wielkiej Brytanii miało w zwyczaju przylatywać i grać w Finlandii – komentuje Etelainem, dodając, że West Ham United również ich kiedyś odwiedził. – Teraz zespoły lecą do Tajlandii lub Chin, gdyż bardziej im się to opłaca. Może kluby z drugiej lub trzeciej ligi angielskiej mogłyby do nas zawitać. Lato tutaj jest wspaniałe.

Największe jak dotąd chwile chwały FC Santa Claus przeżywał w 2010 roku, kiedy zajmował pierwsze miejsce w trzeciej lidze i był bliski awansu. Ostatecznie przegrał jednak przez gol w samej końcówce finałowego meczu fazy play-off.

– Drużyna, która wówczas nas pokonała, HIFK z Helsinek, obecnie gra w ekstraklasie – wzdycha Etalainen. – W tamtych play-offach grały trzy drużyny i dwie z nich znalazły się w najwyższej lidze. Cóż, czasami tak się zdarza, że na skrzyżowaniu wybiera się nie tę drogę co trzeba i chwilę błądzi.

Święty Mikołaj jedzie do Chin

Po nieudanej próbie awansu sześć lat temu w FC Santa Claus szybko skończyły się pieniądze i w 2012 roku ogłoszono bankructwo. Według Etelainena, klub przecenił swoje możliwości, płacąc za sprowadzenie zawodników i nie mając zasobów do ich opłacenia.

Szybko udało mu się na szczęście postawić drużynę na nogi, a obecnie jego rolą jest szukanie inwestorów z całego świata. Niedawno grupa fanów przyjechała aż z Włoch, żeby zobaczyć mecz, podczas gdy 500 osób zapisało się do fanklubu. Wypada dodać, że jego członkowie otrzymują czapki i stroje w zamian za wsparcie, a z myślą o kibicach z całego świata klub przymierza się do stworzenia internetowego sklepu. Mało tego, zarówno Puma, jak i EA Sports uzgodniły już jednoroczny kontrakt partnerski z klubem. Etelainen liczył nawet, że współpraca z tymi drugim koncernem zaowocuje pojawieniem się drużyny w FIFA 16, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Swoisty przełom nastąpił dwanaście miesięcy temu, kiedy dyrektor wykonawczy chińskiej firmy multimedialnej, Bewin Sports skontaktował się z klubem, informując, że przeczytał artykuł o zespole i jest zainteresowany współpracą. Uzgodniono pięcioletni kontrakt sponsorski na stroje meczowe.

– To dla nas niezwykle ważne – wyznaje Etelainen. – Zadzwonił do mnie Marc Gao. Przyjeżdża do Finlandii od dziesięciu lat, bo Helsinki to najkrótsza droga do Europy z Chin. Obecnie jest głównym sponsorem klubu i naszym wiceprezesem. Pierwszą konferencję prasową zrobiliśmy w Chiński Nowy Rok, na słynnym stadionie Ptasie Gniazdo w Pekinie. Było tam około 50 różnych mediów i wszystkie przybyły specjalnie dla nas, trzecioligowego klubu z Finlandii. A niedawno udaliśmy się ponownie do Pekinu na kolejną konferencję – dodaje.

 

Więcej przeczytasz w najnowszym FourFourTwo. Już w kioskach!