Redakcja 03.01.2017

Żelisław Żyżyński: Parcie na szkło to zdrowy objaw

 

Są mecze, na które poświęcam dwa dni… I czasem się wkurzam, bo mam wrażenie, że większości tych informacji nigdy nie wykorzystam, ale częściej się tym bawię, jak Astaną w Lidze Mistrzów czy ostatnio Genk w Lidze Europy – przyznaje Żelisław Żyżyński, dziennikarz nc+ i jednocześnie nowy felietonista FFT.

Gdyby zrobić ranking najbardziej pogodnych dziennikarzy sportowych, byłby pan jednym z głównych kandydatów do wygranej. W czym tkwi sekret wiecznego uśmiechu na twarzy Żelka Żyżyńskiego?

Już parę razy słyszałem to pytanie, więc chyba czas się zastanowić, czy tego uśmiechu nie jest za dużo… Zwłaszcza, że ktoś już kiedyś postawił mi zarzut, że przez ten ciągły uśmiech, mogę tracić na wiarygodności i że może czas skończyć z Żelkiem, by stać się redaktorem Żelisławem. Ale tak na serio, to ja się z tym nie zgadzam: jestem pozytywną osobą, więc się uśmiecham. Wychodzę z założenia, że jak ja będę się szczerze śmiał do świata, to i świat odwdzięczy się uśmiechem. I często tak naprawdę jest.

Oczywiście, jest mi łatwiej o uśmiech niż większości ludzi, ale sam sobie na to zapracowałem. Praktykując w zawodzie dziennikarza sportowego od 16. roku życia miałem dużo mniej młodzieżowych weekendów czy znacznie krótsze wakacje niż inni ludzie z mojego roku studenckiego. Dlatego teraz zamiast chodzić do pracy zajmuję się tym, co kocham i co w innym przypadku robiłbym w wolnym czasie. Mam szansę ciężko pracować, dobrze się bawić i nie zauważać różnicy, a wtedy o uśmiech jest znacznie łatwiej.

Mam też – to wymieniam na końcu, bo przyszło ostatnie, a nie dlatego, że jest najmniej ważne – świetną żonę, dwoje wspaniałych dzieciaków i rodziców, którzy pomogli mi kiedyś realizować marzenia. Bluźniłbym narzekając, zamiast chwytać dzień.

Bardziej odpowiada panu praca komentatora czy reportera/prowadzącego studio?

Lubię studio, ale lepiej czuję się na stadionach, czyli tam, gdzie można spotkać uczestników wydarzeń, o których mówię, porozmawiać z nimi. Walka w terenie to zawsze była moja siła, także jako dziennikarza piszącego.

Ale komentować również uwielbiam. Brakuje mi tu jednak większej liczby meczów w krótszym czasie, by za każdym razem nie szukać właściwego rytmu komentarza. Robię jednak co mogę, by dać ludziom i emocje podczas transmisji, i ciekawostki, i odpowiednią dawkę ciszy, gdy pozwalają mi na to warunki, czyli stadion żyje meczem. Będący dla mnie do dziś traumatycznym przeżyciem mecz Zawiszy Bydgoszcz z Górnikiem Łęczna, zimą, w piątek o godz. 18  na to nie pozwalał… Ja zresztą często dostaję do komentowania mecze nazywane hipsterskimi, ale nie przeszkadza mi to, ja nimi żyję. Co nie znaczy oczywiście, że nie marzą mi się wielkie mecze do skomentowania.

Właśnie przyznał pan, że ma tak zwane „parcie na szkło”…

Chyba mam, ale czy chcąc się rozwijać można go nie mieć? Myślę, że każdy, w każdej pracy, chce robić coraz poważniejsze rzeczy o coraz większym znaczeniu, iść w górę. Czy jeśli piłkarz chce grać zawsze w podstawowym składzie, to ktoś zarzuca mu, że ma „parcie na murawę”? Nie sądzę. W tym kontekście mam więc to słynne „parcie”…

Ile czasu przygotowuje się pan średnio do jednej transmisji czy też programu?

Tego nie da się uśrednić. Myślę, że awaryjnie mecz Ekstraklasy o godz. 15.30, który miał robić ktoś inny, byłbym w stanie nieźle skomentować obudzony o godz. 14, po całej nocy spędzonej z książką ze sportem niezwiązaną. Pracując przy naszej lidze czytam o niej codziennie co się da, oglądam prawie wszystkie mecze, więc problemu bym nie miał... Do skomentowania wystarcza mi więc kilka godzin przygotowania, bardziej skomplikowane jest przygotowanie SuperPiątku czy meczu w europejskich pucharach. O gościu i materiałach do programu zaczynam myśleć przed rozpoczęciem poprzedzającej kolejki, szukam w głowie ciekawostek, wyjątkowych obrazków, wyrazistych statystyk i czegoś, co widza zaskoczy. Czasem się udaje, czasem niepotrzebnie przeładuję program, ale lasu zawsze zniszczę za dużo, wieloma stronami niewykorzystanych potem notatek.

Co zaś do komentarza meczów pucharowych… Do meczu zespołu Premier League i rosyjskiej Premier Ligi wystarczy mi 5-6 godzin czytania plus kolejne 3 oglądania obu zespołów w ostatnich meczach, by zobaczyć jak poruszają się zawodnicy, jak grają, jak ustawiają w obronie. Ale są mecze, na które poświęcam dwa dni… I czasem się wkurzam, bo mam wrażenie, że większości tych informacji nigdy nie wykorzystam, ale częściej się tym bawię, jak Astaną w Lidze Mistrzów czy ostatnio Genk w Lidze Europy. Belgom przyjrzałem się pierwszy raz i od razu wiedziałem, że będę ich długo obserwował: prawdziwa kopalnia ciekawych historii o młodych ludziach, którzy będą wielkimi gwiazdami. O takich graczach jak Wilfred Ndidi, Leon Bailey czy Omar Colley jeszcze usłyszy Europa.

I jak by pan to uśrednił?

Poza futbolem, od lat pana pasją jest również siatkówka. Generalnie trudniej rozmawia się w Polsce z piłkarzami czy siatkarzami?

Ja kocham rozmawiać i poznawać ludzi, więc każda rozmowa mnie bawi. Rozmówcę trzeba umieć otworzyć, czyli mieć dla niego czas. Jako dziennikarz piszący starałem się jak mogłem unikać wywiadów przez telefon, dłuższy wywiad to musi być spotkanie twarzą w twarz, bez presji czasu. W telewizji jest o to trudniej, więc powiem inaczej: piłkarze bardzo się w ostatnich latach zmienili, stereotyp trudnego rozmówcy coraz bardziej odchodzi w zapomnienie. Ale obsługując dla „Przeglądu Sportowego” igrzyska olimpijskie w Pekinie czy siatkarskie mistrzostwa świata w Japonii w 2006 roku czułem przyjemność z wywiadów z wielkimi sportowcami, którym zainteresowanie mediów sprawiało przyjemność, którzy chcieli dać ci swój czas i swoje serce. Wtedy wiesz, że robisz wywiad, który zainteresuje nawet kibica innej dyscypliny, bo pokazujesz w nim człowieka a nie zmanierowaną gwiazdę z boiska czy bieżni.

Należy pan do wąskiego grona dziennikarzy sportowych w naszym kraju, którzy mogą się pochwalić liczbą co najmniej 40 tysięcy followersów na Twitterze. Jaki jest pana sposób na prowadzenie konta, które cieszy się tak dużym zainteresowaniem użytkowników Internetu?

Naturalność i… brak sposobu. Jako @ZelekZyzynski daję Odbiorcom swój komentarz, ale też maksimum obrazków spoza sceny, gdy jestem na meczach. Szybką informację, nawet taką nie do znalezienia w gazecie dzień później. Odpowiadam też na ciekawe zaczepki, czasem też na niesprawiedliwe, nawet wulgarnie formułowane zarzuty, by zobaczyć, ile w nich frustracji obserwującego, a ile chęci dyskusji. I czasem jestem miło zaskoczony, chuligan z twitterowej ulicy staje się moim kumplem! Szanuję każdego ze swoich odbiorców i boli mnie, gdy ktoś krytykuje mnie bez dodania do listy odbiorców tej wiadomości – chcę wiedzieć, jeśli komuś coś się nie podoba, krytyka rozwija!

Cenię sobie również fakt, że nie mam setek obcojęzycznie brzmiących nazwisk z symbolem jajka zamiast twarzy, że ta liczba moich Obserwujących – wolę polską nazwę niż angielskojęzycznych Followersów – rosła bardzo systematycznie, a nie nagle, po wylewach pustych kont – nie kont.

I jeszcze jedno: unikam polityki. Czasem palec aż świerzbi a krew kipi, ale odpuszczam. Jestem pewien, że miałbym więcej obserwujących, gdybym wszedł w to polityczne bagno – a wykształcenie kierunkowe mam, wiedzę też, poglądy również – ale tam dla wielu nie ma dyskusji, jest tylko strona czarna i biała. Nie zrozumieliby mnie, część chwalących dziś za robotę sportową zaczęłaby programowo szmacić mój komentarz, bo inaczej niż oni patrzę na wydarzenia w Polsce. Wolę tego uniknąć. 

Imię Żelisław dosłownie oznacza „pragnący sławy”. Czy właśnie chęć bycia sławnym była jedną z motywacji do tego, aby zostać dziennikarzem sportowym? Jak to się w ogóle stało, że uczeń najlepszego liceum w drugim jeszcze wówczas co do wielkości polskim mieście trafił do świata mediów?

Trener Franciszek Stemplewski, który zajmował się mną w juniorach Startu Łódź, uznał, że im dłużej będę pomagał zespołowi – to cytat: „pomagał”, serio! – tym lepiej, ale większą karierę zrobię poza boiskiem. Pobolewało kolano, nawet przy maksimum ambicji ponad poziom bocznego obrońcy typu przecinak bym nie wyszedł, więc szybko zacząłem myśleć o dziennikarstwie. Uczyć mnie fachu zdecydował się prawdziwy Mistrz, czyli Zbigniew Wojciechowski i tak oto w wieku lat 16 zacząłem pisać – najpierw do szuflady, teksty oceniane przez Szefa, a potem do krakowskiego Tempa. To było dość dziwne, bo do wspomnianego liceum, klasyfikowanego co roku w piątce najlepszych w kraju „Kopra”, trafiłem dzięki sukcesom w olimpiadzie matematycznej a nie polonistycznej, ale nie miało to znaczenia… Nauczyciele w Koperniku byli fantastyczni, pozwalali się rozwijać i myśleć, zamiast zmuszać do zakuwania i tak, już jako dziennikarz Tempa, trafiłem na wydział Ekonomiczno-Socjologiczny Uniwersytetu Łódzkiego. By się rozwijać, bo dziennikarstwa uczyli mnie świetni polscy dziennikarze, głównie z Krakowa, a ekonomia w życiu się przydaje. Były oferty z banków, wybrałem tę z Przeglądu Sportowego, z którym trafiłem na igrzyska i inne wielkie imprezy. Kopiąc piłkę tyle bym nie osiągnął.

Nietypowe imię to dar czy przekleństwo?

Synowi dałem na imię Żywisław…

I przestał pan być „ostatnim Polakiem w alfabecie”.

I to jest odpowiedź na poprzednie pytanie. Dałem Żywkowi to, co wyróżniało mnie wśród 38 milionów Polaków i mam nadzieję, że pomyśli tak, jak ja i mój ojciec: że takie imię jest darem. Czyni cię rozpoznawalnym, nawet dziewczyny poznane w klubach studenckich imię Żelek pamiętały, a Jasia mogłyby zapomnieć… Zmusza też do odpowiedzialności.

Fajny magazyn Ligi Europejskiej ostatnio przygotowywałem, była tam historia Tofika Bachramowa. To ten sędzia, który machnął chorągiewką i Anglia pokonała Niemców w finale MŚ. Byłem na stadionie jego imienia w Baku, widziałem pomnik, a teraz okazało się, że jego wnuk też ma na imię Tofik. I mówi do kamer UEFA a także pośrednio nc+: „To imię to najwspanialsze, co mogłem dostać od dziadka i taty, każdy mnie w kraju rozpozna i zapamięta. I mój wnuk to też będzie Tofik!”.

Podobało mi się!

Razem z Pawłem Hochstimem napisał pan bardzo dobrze przyjętą biografię Igora Sypniewskiego „ZaSYPAny”. Czy w najbliższym czasie przewiduje pan kolejne publikacje książkowe?

Bardzo bym chciał coś jeszcze napisać, albo spisać czyjeś wspomnienia. Tamta książka była jednak bardzo trudną robotą, choć za wcześnie, by opowiadać, jak trudną. Marzy mi się, żeby spisać barwną historię, bawiąc się opowieścią bohatera, a nie szukając kolejnych tropów… Ale to już temat na zupełnie inną opowieść. Z „ZaSYPAnego” jestem dumny, ale drugi raz nie podjąłbym się próby odkopania tych wszystkich wspomnień Igora. Choć jemu ta książka bardzo pomogła…

Co pan czuje jako osoba z Łodzi, patrząc na tabelę Lotto Ekstraklasy oraz pierwszej i drugiej ligi, gdzie próżno na razie szukać łódzkich drużyn?

Smutek. I wiarę, że to się zmieni. Urodziłem się w Łodzi, kocham to miasto i mam je głęboko w sercu. Nawet trochę żałuję, że moje dzieci nie urodziły się w Łodzi, bo ma ona swój niepowtarzalny klimat. Ale Warszawa to także wielkie, dumne miasto.

W tym numerze debiutuje pan na łamach FourFourTwo jako felietonista. Co sprawiło, że postanowił pan wrócić do pisania? I czego mogą oczekiwać czytelnicy po pana tekstach?

Kiedyś pisałem kilka tysięcy znaków dziennie, potem od czasu do czasu, ale teraz bardzo zaczął mi już doskwierać brak regularności. W dziennikarstwie zawsze zaczyna się od czystej kartki papieru do zapisania i mnie jej brakuje. Na FourFourTwo i Kickera wydawałem kiedyś pół kieszonkowego, więc można pół żartem, pół serio powiedzieć, że… nigdy nie myślałem, że tyle osiągnę. Jako piłkarz do FourFourTwo bym nie trafił.

Czytelnicy oczekiwać mogą jeszcze więcej jakości. Zaangażowania, walki… To tak po piłkarsku. A tak na serio: w każdym tekście spróbuję sprzedać coś oryginalnego, co zapamiętają. Zrobię wszystko, by mimo wielu dobrych artykułów, lekturę zaczynali jednak od strony z moim nazwiskiem.

Więcej przeczytasz w najnowszym FourFourTwo