Redakcja 13.10.2016

Zostań Legendą: Nikt nie rodzi się z charakterem. Wygodnym życiem się go nie ukształtuje

By lepiej zrozumieć Polskę i Polaków, przeczytał Trylogię Sienkiewicza. Doszukiwał się informacji o Serbach walczących pod Grunwaldem i Polakach na Kosowym Polu. Karierę rozpoczął w rozpadającym się państwie, wyjechał tuż przed bombardowaniami, zakończył ją zaś… z racą w ręku, wśród fanatycznych kibiców i z pracą dyplomową, której tematem był Jorge Jesus. Ivan Djurdjević, czyli jeden z tych piłkarzy, których szanują nawet najbardziej zaciekli rywale. Po raz pierwszy w tak długiej rozmowie o całym swoim życiu i cenionym w całej Polsce charakterze.

WSZYSTKIE MULTIMEDIA WYKONANO SMARTFONEM SAMSUNG GALAXY S7 (więcej o GalaxyS7

Czego nauczył się pan po lekturze Trylogii?

To bardzo ważne, by poznać historię kraju, w którym mieszkasz, dowiedzieć się, dlaczego ci ludzie tu są. Trylogia może nie była tak istotna – dużo opisów przyrody było swoją drogą – ale generalnie sporo czytam o waszej historii. Dowiedziałem się, że w 1389 roku Polacy walczyli w bitwie na Kosowym Polu, z kolei później w 1410 roku Serbowie brali udział w bitwie pod Grunwaldem. Od kibola z Lecha dostałem książkę „Sprawa honoru”, ona też otworzyła mi oczy na wiele historycznych rzeczy. Moja rodzina się tu urodziła. Musimy wiedzieć, gdzie jesteśmy. Wiele moich rodaków tutaj mieszka i umie bez problemu wkomponować się w klimat. Mamy podobną mentalność, podobne sposoby myślenia, podobne dzieje. Zawsze idziemy skrótem, byle łatwo i szybko. Wszyscy powtarzają: „Jakoś damy radę! Załatwi się!”. Zawsze jesteśmy najmądrzejsi. Jakiś zakaz? Dobra tam, ominę go. Zawsze było nam ciężko, najlepiej działamy, kiedy mamy nóż na gardle, kiedy jest presja. Gdy jest lekko – mamy problem. Nie jest łatwo nam żyć w zgodzie. Zawsze kiedy była jakaś wojna i wspólny wróg – wtedy się jednoczyliśmy. Jak już było dobrze, to jechaliśmy na bliskiego. Oby się komuś nie udało, oby było źle. Trochę to śmieszne, ale życiowe.

Różnic jest chyba mniej niż podobieństw, ale też pewnie jakieś są.

Uważam, że jesteśmy bardziej otwarci. Może to wynika z klimatu, my jesteśmy na południu, jest trochę cieplej niż w Polsce. U nas też jest większa mieszanka kultur, na dziesięć osób jest ośmiu Serbów. Ciężko zachować proporcje przez te wojny i napiętą sytuację. Jak wy widzicie, że jakaś obca osoba jest w porządku, to potraficie obdarzyć ją odpowiednim zaufaniem, nie przychodzi to jednak od razu.

U nas komunizm chyba zrobił swoje.

Pewnie tak. Ale u nas też był.

No i – co do różnic – wy jesteście chyba bardziej wybuchowi.

Tu bym się kłócił. Widziałem też bardzo wybuchowych Polaków (śmiech).

 

Jak wyglądało życie w Serbii przed bombardowaniami?

Jeszcze nie było wiadomo, czy skończy się to wojną, czy nie. Już od 1991 roku toczyła się walka polityczna. Kraj był po sporych przejściach. Dopiero z perspektywy dorosłej osoby widzę, jaki był problem, jaki był kryzys. Rodzicom nie było łatwo. Musieli pracować i na prawo i na lewo żeby przeżyć, zapieprzali, by dać nam godne życie i za to dla nich szacunek. Nie mieliśmy może na wszystko, czego byśmy chcieli, ale do normalnego funkcjonowania nam niczego nie brakowało. To były inne czasy. Kiedy bardzo mało ludzi coś ma, a większość nie ma nic, nie czujesz takiej potrzeby. Wychowanie było twarde. Wpajano nam wartości, których teraz już się nie przekazuje młodym ludziom. Szacunek do ludzi starszych, zachowanie się w pewnych sytuacjach, odpowiedzialność za swoje czyny. Rodzice dużo od nas jako dzieci wymagali. W szkole zawsze musieliśmy mieć dobre stopnie, żeby zapewnić sobie lepsze życie.

Całe lata 90-te to były nieustanne konflikty. Najpierw ten z Chorwacją, później odłączenie się Bośni i każdego kolejnego kraju. To było odczuwalne z poziomu stolicy?

Normalnie chodziliśmy do szkoły, ale było czuć, że dużo osób uciekało przed tą wojną. Pamiętam, że nie mieliśmy nic, a musieliśmy komuś oddawać nasze stare rzeczy, jakieś koce. Jako dziecko nie jesteś tego świadomy. Widzisz, że jest źle, ale specjalnie się tym nie przejmujesz, życie mija. Wystarczy, że grasz w piłkę i jesteś szczęśliwy. Ja nigdy nie widziałem żadnych strzałów. Toczyło się to wszystko trochę z boku mnie. Wyjechałem z kraju przed bombardowaniami i może podświadomie dążyłem do tego, by uciec. Wiedziałem, że jest źle i żeby zapewnić sobie i rodzinie lepsze życie muszę wyjechać, ale nie chciałem tego robić za wszelką cenę. Pojawiła się oferta – skorzystałem.

Pan wyjechał, ale rodzina została. Doświadczyła jakoś bombardowań?

Tak. Pamiętam, że moja mama była u mnie w Hiszpanii i jak akurat wracała do Serbii, zaczęły się bombardowania. Nie miałem żadnego połączenia z domem, nie wiedziałem, co się dzieje. Dopiero po kilku dniach udało nam się zdzwonić i usłyszałem, że wszystko jest OK. Życie toczyło się dalej. Oglądałem wiadomości, oglądałem CNN, ludzie mnie pytali, co się dzieje u mnie w kraju, ja nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie chcę wchodzić w politykę, czy ktoś miał rację czy nie miał racji, to już przeszłość. Ludzie normalnie chodzili wtedy po ulicach, szli do pracy. Była syrena alarmowa i wszyscy uciekali, by się gdzieś schronić. Takie rzeczy nie są przyjemne. Ale z drugiej strony – nie wszyscy byli świadomi, co się dzieje. Jak się okazało, że bombardowania nie są takie mocne, po czasie niektórzy się już nawet nie chowali. Niektórzy odbierali te alarmy na jaja. Stali na ulicy i machali w górę dla żartów. Dziś widać, że ten rok bombardowań odbił się na ludziach, ukształtował ich mentalność. Obecnie żyjemy w innych czasach, jesteśmy bardziej świadomi pewnych rzeczy. Sporo ludzi po latach przyznaje, że to było bez sensu. Dziś już mało kto chciałby tę wojnę. Wyciągnęli wnioski.

Rozmawiamy o pana przeszłości, bo chcemy dowiedzieć się o rzeczach, które ukształtowały pana charakter. Głównie z tego został pan zapamiętany: jako wzór obcokrajowca. Jako ktoś charakterny, komu nigdy nie zabrakło zaangażowania, oddania i kto od razu nawiązał więź z trybunami.

Nikt nie rodzi się z charakterem. Jak jest jakiś problem, to masz dwie drogi, które możesz obrać: bardzo łatwą albo bardzo ciężką. Ja uważam, że zawsze trzeba wybrać tę drugą. Gdy twoje całe życie jest wygodne, to nie kształtuje twojego charakteru, nie jesteś mocnym człowiekiem. Ja lekko w życiu nie miałem. Nic nie przyszło mi łatwo, do wszystkiego musiałem dojść pracą, walką i to była dla mnie nagroda. Kiedy ta praca jest dobrze wykonana, wszystko układa się także poza boiskiem.

To tak na marginesie cecha, która odznacza piłkarzy z Bałkanów w naszej lidze. Vuko, Rado czy Kascelan szybko stali się ulubieńcami trybun.

Miejsce, w którym jesteś, jest najważniejsze. Jeśli ktoś ci daje warunki do lepszego życia i do rozwoju, my chcemy się zawsze godnie odwdzięczyć. Kibice widzą, że my pokazujemy to, po co oni przyszli na stadion. Niektórym nie jest łatwo, by kupić bilet. Wahają się, czy dołożyć do butów, czy pójść na mecz. Dzieci też mają dylemat: cukierki czy bilet. Wybierasz mecz, a potem się wkurzasz. Kiedy widzisz, że ktoś robi wszystko by wygrać, to nawet jak mu się nie uda, doceniasz go. W Portugalii też bardzo zżyłem się z ludźmi z trybun. Spełniałem ich oczekiwania i tyle, to jest cała tajemnica.

To, co ujęło też kibiców, to ta słynna koszulka „miała być druga Irlandia, jest druga Białoruś” wtedy, gdy kibice nie mieli lekko w związku z tym, jak działały wówczas władze.

Klub, drużyna i miasto muszą być jednością. Jeśli ktoś chce coś robić a druga strona to blokuje – jest problem. Trzeba pamiętać, że ludzie dzięki klubowi czują się lepiej. Jest wygrana, to kibic pójdzie na drugi dzień do pracy z uśmiechem na ustach. Zobaczy, że ci z Legii czy innego klubu nie wygrali. „Zobaczcie, jesteśmy lepsi!”. Ludzie tym żyją. Liga jest najważniejsza, bo ona się dzieje z dnia na dzień. Z kim gramy teraz, a gdzie następny mecz, a co będzie jeśli wygramy. Jeżeli przez nas oni mogą mieć lepsze życie, a my dzięki nim, musimy się wzajemnie wspierać. Głos kibiców nie jest zbyt głośny. Dzięki zawodnikowi może być o wiele głośniejszy.

Kibice mogli wtedy pokazać władzom „zobaczcie, piłkarze też widzą, że to co się dzieje na trybunach jest chore”.

Boisko to boisko, ludzie chcą oglądać piłkę nożną, a nie bawić się w politykę. Wyobrażacie sobie mecze przy pustych trybunach? Kibice dodają temu magii.

Kolejna akcja – pożegnalny mecz, gdy wskoczył pan z racą na sektor kibiców. To było zaplanowane czy spontaniczne?

Spontaniczne. Niesamowite, że ja w ogóle mogłem wejść na ten sektor. Przecież to świat kibiców, ich miejsce. Zaprosili mnie i Piotrka Reissa. Coś nie do opisania, coś, co zostanie do końca życia w naszych sercach. W takich chwilach klub i drużyna stają się jednością.

Swoją drogą były jakieś konsekwencje tych rac?

A tam! Przeszłość!

Czyli nie trzeba się martwić o żaden zakaz?

Mam nadzieję, że już nie (śmiech)

Mówi pan, że jak coś jest wygodne, łatwe, nie kształtuje się charakter. To nie jest problem obecnej młodzieży? Boiska są równe, stadiony piękne, mama dowiezie na trening, włoży czapeczkę i upomni trenera, by nie przemęczał synka…

Nowoczesność. Parasol ochronny jest bardzo duży. Spadnie kropla deszczu i dziecko już nie może być na treningu. Podejście „uważaj, uważaj” to jest najgorsze, co może być. Chronić można czterolatków, od dzieci, które są starsze, trzeba wymagać. Przecież my jesteśmy świadomi, nie robimy krzywdy tym chłopakom. Ludzie grają w piłkę z dwóch powodów. Albo bardzo chcą, albo muszą. Najlepiej jest wtedy, kiedy łączą się oba. Przykład to Karol Linetty. Piłkarz, który nie potrzebuje grać w piłkę, będzie miał bardzo ciężko.

Jak w muzyce. Tylko artysta głodny jest wiarygodny.

Musisz być gotowy, by zrobić dla piłki wszystko. Może bez tego zaistniejesz krótko na jakimś poziomie, ale życie szybko cię zweryfikuje. Ekstraklasa nie jest dla każdego, zwłaszcza Lech nie jest dla każdego. Widzimy po młodych zawodnikach, których pozyskujemy z innych klubów. U siebie byli najlepsi, w Lechu już tak łatwo nie jest. Koszulka Lecha waży 20 kilo, inna koszulka waży 20 deko. Ja jako trener nakładam na nich dużą presję. Wiem, że jak ją wytrzymają, to już dadzą sobie radę w przyszłości. Strach, że czegoś nie będziesz miał, cię napędza. Tak samo miałem w momencie, gdy pojechałem do Hiszpanii. Stworzyłem sobie w głowię schizę, że jeśli każdego dnia nie będę najlepszy, to mnie tam już nie będzie. Wrócę do Serbii, która była bombardowana i nie będę miał środków, by pomóc rodzicom. Albo to wytrzymujesz, albo wracasz jak ten syn marnotrawny.

Jestem szczery z piłkarzami. Nie można być dobrym wujem i mówić zawsze, że jest fajnie, bo przyszło powołanie do reprezentacji młodzieżowej. Czasem mówię zawodnikowi, że nie będzie grał na wyższym poziomie. Nie robię tego po to, by go zdołować, po prostu stawiam sprawę uczciwie. A jeśli on pokaże charakter i zrobi tak, że jednak będzie grał – mega. Mamy piłkarza. Jeśli widzimy, że jakiegoś chłopaka trzeba gonić do pracy – kwestia czasu, aż trafi do trenera, który go nie będzie gonił. I wtedy zaczną się problemy.

Panu to dało kopa jak pan usłyszał, że nie będzie grał w piłkę?

Widzisz pewną przeszkodę, która jest przed tobą. Albo ją pokonujesz i wyciągasz wnioski, albo zostajesz na tym poziomie i nie jesteś gotowy iść dalej. Ja miałem dużo przeszkód. Rok grałem w trzecioligowej filii Crveny i było mi mówione, że po roku będę grał w pierwszym zespole. Tam niestety pchano wielu innych zawodników. Były układy. Ja nie miałem nic, ojciec mówił „jak chcesz grać, to graj” i nawet nie dzwonił w mojej sprawie do klubu.

Sporo młodych osób przez nie do końca sportowe rzeczy opuszcza Partizana czy Crveny.

Widziałem wielu zawodników, którzy byli odstrzeleni, poszli gdzieś indziej i grali. Łatwo sobie wytłumaczyć niepowodzenie, trzeba je brać na klatę. Zawsze w życiu miałem klub lub osobę, która mi mówiła „nie”. Musiałem walczyć o swoje i pokonywać długą drogę do tego, by pokazać wszystkim, że nie mieli racji. W Hiszpanii trener Emilio Cruz powiedział mi, że się nie nadaję. Coś mu się nie podobało we mnie, może moja gęba (śmiech).

– Nie będziesz u mnie grał.

– A właśnie, że będę. Zobaczy pan – odpowiedziałem.

Przychodziłem na trening, zapieprzałem, ale nie chciał na mnie postawić. Wszyscy widzieli, że dobrze wyglądam. Klub walczył o utrzymanie. Zrobiło się tak, że było wiele urazów. W końcu nie miał wyjścia, musiał mnie wystawić. A kiedy mnie wystawił, ja byłem tak przygotowany, że ludzie się złapali za głowy: „Dlaczego on nie grał?! Jak to jest, spadamy z ligi, a on siedzi na ławce?!”. Następny mecz przegrywamy 0:5, Cruz zostaje zwolniony. Jaki jest finał? Ja mam za sobą lata kariery, on potem już nigdzie nie trenował. To taka mała satysfakcja dla mnie. To dało mi kopa, że skoro przeskoczyłem tę barierę, to zawsze dam radę.

W Belenenses też miałem okres urazu. Nigdy w życiu nie miałem kontuzji, nagle musiałem sobie z tym radzić. Była deprecha, sporo nieciekawych rzeczy. Kolejna przeszkoda do przeskoczenia. Potem dostałem opcję z Polski i to była najlepsza decyzja, jaką podjąłem. Nie wiedziałem wiele o kraju, o języku, miałem też jakieś oferty z Portugalii, ale zawsze byłem nauczony, by wybierać to, co jest trudne.

Widzi pan, że młodzi dziś częściej te przeszkody pokonują czy częściej odpuszczają?

Wymagania są u mnie zawsze bardzo duże. Jeśli nie pokonują przeszkód, to znaczy, że się nie nadają. Ale – co ważne – trzeba im dać czas. Teraz mam bardzo młodą drużynę rezerw, średnia wieku 18,5. Wielu z nich stawia swoje pierwsze kroki w piłce seniorskiej. Doskonale pamiętam, jak ciężko jest na początku. Później jest trochę łatwiej, mimo że z czasem trzeba im te wymagania zwiększać. Momentami nie są w stanie czegoś zrobić, bo pojawia się frustracja. Są gotowi piłkarsko, ale nie mentalnie. Więcej nam brakuje w meczach, gdy jest presja. Młode chłopaki, trzeba być cierpliwym. Wiemy, że musimy na nich poczekać. Każdy musi mieć swój rok-pół roku w rezerwach, chociaż kiedy da się zaliczyć szybszy przeskok, to go robimy.

Dyrektor Śledź mówił, że to idealna droga. Otrzaskanie się z tą siłową piłką w rezerwach i wejście z pewnym bagażem w pierwszy zespół.

Ten bagaż jest najważniejszy. Będziesz codziennie w piłce, która jest realna. Masz chłopa, który ma dwa metry i musisz go pokonać. Drugi jest szybki, mały – musisz działać. Ileś błędów młody musi zrobić, najlepiej, by przyszły one w rezerwach. Tam kosztują niewiele. Im więcej młody piłkarz spędzi w rezerwach tym lepiej dla niego. Czasem wydaje się, że zawodnik jest gotowy, a wolimy go jeszcze parę miesięcy przygotować. Uważamy, że lepiej wprowadzić kogoś do zespołu za późno niż za wcześnie.

Możliwe, że Bielik czy Kownacki mieli zbyt szybkie zderzenie z dorosłą piłką. Lepiej jakby przeszli krok po kroku, bo o ile wejście mieli dobre, o tyle teraz Bielik został cofnięty do drużyny młodzieżowej.

To jest jak z dziewczyną. Najpierw ty chcesz, ona nie chce. Potem ona chce, a ty już nie. Lepiej poczekać i zrobić tak, żeby dwie strony chciały. W pierwszym zespole nie ma czasu. Musisz być gotów. W rezerwach im więcej błędów popełnisz, im bardziej się ograsz, tym lepiej.

Swoją drogą wiedział pan, że Bielik to taka perełka?

W Legii wiedzieli, że ktoś go obserwuje, że on odejdzie. Bielik pokazał się tam chyba tylko w dwóch meczach, więc to nie tak, że Arsenal wypatrzył go na podstawie spotkań w Warszawie. Wykorzystali nasz błąd, to też wnioski dla nas. Bielik gra teraz w rezerwach Arsenalu i bardzo dobrze. To teraz najważniejszy okres dla niego. Moim zdaniem powinien tam spędzić minimum dwa lata. Ma rok czasu by się obudzić, gdzie on w ogóle jest. Drugi rok, by złapać rytm, pokazać wszystkie swoje najlepsze rzeczy.

Jakie wnioski wyciągnęliście po Bieliku? Pracujecie z młodymi jakoś inaczej? Bardziej zwracacie uwagę na przywiązanie?

Przywiązani do Lecha są tylko wychowankowie, którzy są z nami od początku, jak Robert Gumny, którego ojciec jest kibicem Lecha. Jakby poszedł gdzieś indziej, to by go skasował, jak wy na Weszło (śmiech). Wielu rodziców patrzy teraz tylko na zysk. Jak ktoś da dobrą ofertę, to od razu są w innym klubie, to jest dzisiaj problem. Dla ludzi to są normalne miejsca pracy, pracodawcy. Są inne wartości niż kiedyś. Nam się udało to, żeby młodsze roczniki podpisywały kontrakty na trzy lata. To jakieś zabezpieczenie dla nas. W przypadku Bielika poszliśmy na zaufanie, przekonywał, że nie podpisze innego kontraktu, a podpisał. Lekcja.

Dzisiaj jako trenerzy mamy wiele problemów by wytłumaczyć zawodnikom, że wszystko, co się dzieje wokół nich, to rozpraszanie. Gdy zawodnik ma czas, by być skupiony na sobie – jest zagubiony, bo dookoła wszyscy mówią mu, że jest super. Jak dostanie powołanie do reprezentacji Polski, to już w ogóle trzeba chodzić za nim z gaśnicą i gasić tę głowę. To jest dzisiaj w piłce największy problem. Wkoło mówią: trener jest do dupy, ty jesteś super. Albo: kolega jest gorszy, ty jesteś lepszy. Jak jest analiza to trzeba patrzeć na siebie, co ja zrobiłem dobrze, co ja zrobiłem źle, co muszę poprawić. A nie na kolegów, którzy są chwaleni. Rodzice rozpraszają mówiąc „ee, wygracie, oni są słabsi”. Nikt im nie powie „ciężki przeciwnik, musicie pokazać na boisku, że jesteście lepsi”. Tylko my mówimy. A często jesteśmy przez to największymi wrogami.

Eksperci też co chwilę mówią o tym, by dawać szansę młodym. Zagłaskani są.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by młodzi musieli wywalczyć sobie miejsce. Jeżeli młody wygra rywalizację, reszta drużyny go zaakceptuje. Jeśli jako trener dam coś komuś za darmo, piłkarz będzie wiedział, że to nie on sobie to wywalczył. U młodych zawodników nie liczy się wiek. Liczy się to, czy ktoś może wykonać jakąś robotę, czy nie. Jeżeli masz 18 lat i ja widzę, że jesteś świetny – grasz. Najlepsze ubezpieczenie na życie to praca. Zrobisz wszystko, co do ciebie należy, zawsze będziesz miał klub, kontrakt. Dobrym przykładem jest tutaj Marcin Wasielewski. Kojarzycie historię?

Nie.

Wychowanek Lecha. Trafił do nas rok temu po tym jak parę lat temu został odpalony z Lecha Poznań. Poszedł do B-klasy, potem do czwartej ligi, trzeciej, w końcu wylądował w rezerwach i pierwszym zespole. Zawsze wyrasta przed tobą mur. Ty musisz go albo przeskoczyć albo rozbić głową. Wasielewski rozbił głową. Piłkarze muszą martwić się o sprawy, które mają pod kontrolą. O zaangażowanie, podejście, sen. Nie kontrolują menedżerów, klubów, trenerów. Cała reszta to rozpraszanie. Szkoda prądu.

Czyli pan się nie wpisuje w ten nurt, by dawać młodym szansę z urzędu.

To czy jakiś wychowanek dostanie szansę czy nie to kwestia tego, czy mamy czas by wprowadzać naszego chłopaka, czy bierzemy obcokrajowca, który daje nam jakość tu i teraz. Trzeba znaleźć w tym wszystkim równowagę. Wiadomo, że – zwłaszcza w Polsce – w drużynie musi być więcej Polaków niż obcokrajowców. Musi być zachowana kultura tego kraju, język. Język tak w ogóle to jest minimum. W umowach powinien być zapis, że jak zawodnik po roku nie będzie w stanie dać normalnego wywiadu po polsku – wyjazd. Skoro piłkarz się nie uczy, to znaczy, że mu się tu nie podoba. A skoro nie chce tu żyć – prosta sprawa. Ja nie mówię, że każdy musi mówić perfekcyjnie, ale trzeba w takiej osobie widzieć chęć. Jeśli będzie chęć, to wszyscy mu pomogą. Ze mnie też na początku robili jaja. Wchodzę do szatni i mówię:

– Dobranocka!

Jaka dobranocka?! Chciałem powiedzieć „dzień dobry”, pomyliłem się. Gadałem, gadałem, żeby się nauczyć. Trzeba uświadamiać piłkarzy. Ja jeszcze nie widziałem w Niemczech zawodnika, który nie mówiłby po niemiecku. U nich to oczywistość. Żadne ćwiczenia nie dadzą młodemu więcej niż obecność doświadczonego zawodnika, od którego można się nauczyć. Dlatego jak już bierzemy kogoś zza granicy, bierzemy kogoś, kto ma jakość w grze.

Skoro już jesteśmy przy wychowankach: ucieszył się pan, że Jacek Magiera został trenerem Legii?

Znam Jacka. Dobry gość. Mimo że jest z Legii, zawsze jak się spotykamy, to dużo gadamy. Dał mi wiele cennych rad jeśli chodzi o prowadzenie rezerw.

Może za chwilę stworzyć się moda na wychowywanie trenerów. Widzimy, że także w Koronie trenerem jest wychowanek, Legia buduje powoli Vukovicia.

Wszystko, czego potrzebujemy, jest blisko, a my często szukamy bardzo daleko. Mamy przykład Guardioli, Zidane’a. W takich klubach jak Lech potrzebny jest ktoś, kto wie, jaka jest kultura klubu. Trenerzy czasem nie są świadomi, jaka jest filozofia. Lech żyje w określony sposób. Żeby dobrze w nim funkcjonować, trzeba tę filozofię znać. Wszystko zależy od tego, jak kluby patrzą na trenerów-wychowanków. Czy to jest opcja dobra finansowo, czy to jest ktoś, kto da coś na lata.

Magiera to jest trener który zdaje sobie sprawę, że po porażce z Niecieczą piłkarzom powinno być wstyd wyjść na ulicę.

Dokładnie tak. Wchodząc do klubu, trener musi sprostać jakimś wymaganiom. Jeśli wie, że gdy przegra to się będą śmiać, jest zupełnie inne podejście. Klub to miasto, ludzie. Jak wygrywają to wszyscy, jak przegrywają to wszyscy mają zły dzień. Ludziom, którzy nie są stąd trzeba dać na starcie przekaz, jak ma być. Czasem obcokrajowiec przychodzi po obejrzeniu kilku filmików na YouTube i mówi ucieszony:

– Fajnie jest w Lechu, fajni są kibice…

Jeszcze nie wie, jaka jest atmosfera, jak się przegra mecz (śmiech). Trzeba mu powiedzieć jasno, że jak przegra, to może dostać w ryj. Obcokrajowiec musi wiedzieć, w jakim miejscu jest i jakie ono jest ważne dla ludzi.  Piłkarzy, którzy tego nie rozumieją, tutaj nie chcemy. My jak jako małe dzieci poszliśmy do kibiców, to musieliśmy się chować, żebyśmy nie dostali. Jak jesteś tam w środku i widzisz, jakie są wymagania, wiesz, jak oni myślą, wiesz, dlaczego nie możesz przegrywać.

Po wygranym meczu idziesz do baru i przy ladzie siedzi człowiek, który chce ci coś postawić.

– Na mój rachunek! – mówi.

– Nie, nie…

– Na mój! – nalega.

Jak przyjdziesz po przegranym, to tą samą szklanką, którą chciał ci postawić, dostaniesz w ryj. W Lechu nie ma momentu, kiedy jest fajnie. Ja śmieję się, że zawsze jest kryzys. Wygrywasz – nie możesz się zadowolić, bo musisz wygrywać więcej. Jeśli ktoś umie sprawić by ta presja będzie go napędzała, będzie szedł do przodu.

Pan dostał w Lechu zapewnienie, że kiedyś będzie pan trenerem pierwszej drużyny?

Takie zapewnienia są niepoważne. W piłce nie ma obiecywania. Prezes Vitorii Guimaraes powiedział mi kiedyś: co dzisiaj w piłce jest prawdą – jutro niekoniecznie. Tego się trzymam. Nie skupiam się na rzeczach, na które nie mam wpływu. Ostatnio przegraliśmy dwa mecze z rzędu a nigdy nie miałem takiej sytuacji. Cały czas się uczę.

Pańskim wzorem trenerskim jest trener Sportingu, Jorge Jesus.

Mój mentor.

Nawet napisał pan pracę dyplomową na podstawie jego warsztatu.

On jest fanatykiem. Ja nie jestem taki obsesyjny jak on. Dużo rzeczy się od niego nauczyłem. Miałem takie okresy, że nie grałem i byłem na ten fakt bardzo wkurzony. Dzisiaj widzę, że dobrze – mogłem obserwować z boku te zajęcia pod kątem szkoleniowym, bo już wtedy zapisałem się na kurs trenerski i robiłem notatki. Wymagający gość. Mocno trzymał tę drużynę. Pamiętam jak walczyliśmy o utrzymanie z Vitorią Guimaraes. Kilka meczów toczyło się równolegle, Jesus kategorycznie zabronił asystentowi:

– Nikt na ławce nie ma prawda włączać radia lub sprawdzać wyników z innych stadionów. Masz tego dopilnować.

Asystent oczywiście chciał to obejść. Słucha, słucha, nagle ożywia się i próbuje szeptać, ale wszyscy widzą po samej reakcji, o co chodzi.

– 1:0! 1:0!

Niestety widzi też trener.

– Kurwa!!! Wypierdalaj z tym radiem!

Podszedł do niego, wziął go za fraki i po prostu go z tej ławki wyrzucił.

Jesus dzwonił żeby rozpracować Legię?

Nie, nie. On jest dość specyficznym trenerem. Ja go znam bardzo dobrze, a rozmawialiśmy ze sobą może rok temu. Nie pozwala nagrywać swoich zajęć, nikogo nie przyjmuje na staż. Mówi „to jest moje, nikomu nie dam”, a sam wszystko kradnie (śmiech). Jesus jest szkoleniowcem bardzo autorytatywnym, taki mocny charakter. W Guimaraes nie szło nam dobrze, a on był jednak wycofany. Wszyscy wiedzieli, jaki ma charakter. W końcu ktoś pyta:

– Trenerze, pan się zmienił?

– Ja teraz łykam żaby, a słonie i żyrafy będę na was rzygał.

Zbierało mu się, zbierało i w końcu wybuchnął po czasie. Krzyczał na nas dużo, bardzo dużo. Kiedyś ktoś z klubu wpadł na trening i woła:

– Trenerze, żona dzwoni!

– Mamy trening, piłka jest najważniejsza.

– Ale to chyba coś pilnego.

– Niech umiera!

Fanatyk! Kiedyś grał u nas Weldon. Zanim Jesus go sprowadził, wnikliwie obserwował go w Brazylii. Po przyjściu do nas grał jednak fatalnie, źle wyglądał w meczach kontrolnych, na zajęciach także był cieniem piłkarza. Kiedy nie trafił w bramkę z kilku metrów, Jesus nie wytrzymał. Przerwał trening i wybuchnął:

– Kurwa, to jest niemożliwe, ty nie umiesz grać w piłkę, Ty nie jesteś tym Weldonem, którego oglądałem. Ty jesteś jakiś klon. Prawdziwego Weldona zamknąłeś u siebie, zamiast niego przyjechałeś ty. Wypierdalaj do Brazylii!

 Taki typowy ekscentryk. Umiał być wyrazisty w tym wszystkim.

Z Simeone miał pan okazję poobcować? Był pan na stażu w Atletico.

Byłem, ale tylko na jeden dzień. Simeone to osoba, która nie chce udzielać zbyt wielu wskazówek. Mówi, że nie jest od uczenia trenerów. Jens Lehmann też był u niego na stażu i Simeone też nie bardzo chciał z nim porozmawiać. Byłem tylko na dwóch treningach – jeden indywidualny, jeden taktyczny. Gadałem bardziej z asystentem, ogólnie bardziej położyłem nacisk na akademię. W takich klubach nic nie zobaczysz. Oni ciągle grają – jak nie regeneracja, to rozbieganie. Możesz poczuć tylko tę otoczkę, mistykę. W juniorach wszystko jest intensywne, kładą nacisk na to, by podania były mocne, agresywne. Kilka rzeczy można wykorzystać.

Był pan też w FC Basel, Sportingu, reprezentacji Portugalii U-21.

Najważniejsze, byś miał wizję, jak chcesz grać. Jak masz jasny model to możesz obserwować i pewne elementy do tego modelu dodawać. Pomyślisz sobie „o, tu fajnie postrzegają ten element gry, może też tak będę robił”. W Portugalii na przykład przygotowanie motoryczne nie odgrywa tak dużej roli. Ale to nie znaczy, że masz przekładać to 1:1 do Polski, bo u nas jest zupełnie inna kultura piłkarska. W Hiszpanii z kolei przygotowanie fizyczne jest przygotowane tylko pod grę. Nie robisz żadnego ćwiczenia, które nie przyda ci się podczas meczu. Jeżdżę, przygotowuję się, Lech daje mi duże możliwości. Jestem zakochany w tym, co robię. Patrzę wstecz i nie myślę o tym, co jeszcze mogłem zrobić. Lepiej się żyje ze świadomością, że na boisku wyprułeś całego siebie.

WSZYSTKIE MULTIMEDIA WYKONANO SMARTFONEM SAMSUNG GALAXY S7 (więcej o GalaxyS7