Żelisław Żyżyński 10.07.2015

Wreszcie puchar będzie super

Ponad 25 tysięcy kibiców na wygranych pucharowych meczach Śląska i Jagiellonii w Lidze Europy, dziś 40 tysięcy sprzedanych wejściówek na spotkanie Lecha z Legią o Superpuchar – ten sezon lepiej zacząć się nie mógł. Liczby z Wrocławia, Białegostoku i Poznania pokazują, że jeśli poważnie traktuje się swoją pracę, to kibic przyjdzie na stadion nawet w okresie urlopowym. Ba, nie tylko przyjdzie, on wyjdzie z niego zadowolony i wróci na kolejny mecz, zachęcając jeszcze znajomych!

By na dzień 10 lipca 2015 uznać start sezonu za perfekcyjny brakuje jeszcze tylko dobrego poziomu meczu o Superpuchar, ale w ten akurat nie wątpię. Powiedzmy sobie szczerze – nawet najgorszy mecz rozgrywany przy jupiterach, na wypełnionym po brzegi stadionie, będzie oglądało się lepiej niż nawet najlepszy zaplanowany na godzinę 13 na stadionie w Wodzisławiu. Nie żebym miał coś przeciwko Odrze, zapach kiełbasek z grilla unoszący się nad murawą stał się częścią ligowej legendy i ligowego folkloru, ale… dobry futbol lubi sztuczne światło nie mniej niż Zbigniew Boniek w czasie swojej piłkarskiej kariery.

Jeśli miałem jakieś obawy związane z Superpucharem, to tylko te dotyczące postawy Legii. I to wcale nie jej zachowania na boisku, choć pasywność warszawian na rynku transferowym dobrze jej nie rokuje. Ja po prostu doskonale pamiętam rozmowy sprzed ponad 12 miesięcy i zmasowany atak kibiców ówczesnego mistrza Polski, gdy zarzuciłem Legii niczym nieuzasadnione lekceważenie trofeum, którego prestiż stara się odbudować PZPN do spółki z Ekstraklasą.

Dokładnie rok i jeden dzień temu wszyscy ludzie związani z Legią zrobili naprawdę dużo, by umniejszyć rangę i wagę Superpucharu Polski, który 9 lipca trafił na Łazienkowską i powinien tam zostać. Legia była od Zawiszy silniejsza i gdyby podeszła do spotkania na poważnie, zapewne trofeum wprost z podestu dla zdobywców, trafiłoby do gablot w klubowym muzeum. W warszawskim klubie mecz z Zawiszą jednak zwyczajnie zbagatelizowano, a przegraną 2:3 przyjęto bez większego żalu. Na moje uwagi, że przecież tym, co dla piłkarza i klubu liczy się najbardziej są właśnie trofea, odpowiadano: „A co to za trofeum”? Nic więc dziwnego, że kibiców też wielu na mecz nie przyszło, a większość nie rozpaczała po porażce, przyjmując ochoczo narrację klubu, że najważniejsza jest Liga Mistrzów. Przypominam, iż do meczu z St Patrick’s pozostawało wtedy siedem dni, a dla Henninga Berga ważniejszy był rozegrany dzień wcześniej czy później mecz towarzyski…

Tydzień później Legia szczęśliwie uniknęła kompromitacji z Irlandczykami, a grała tak słabo, bez żadnego pomysłu, że można się było zastanawiać, czy rezerwy, które poległy z Zawiszą (bydgoszczanie z kolejnych 12 meczów przegrali aż 11) nie były silniejsze. Późniejsze mecze z Celtikiem pozwoliły zapomnieć o tych męczarniach, ale rok później naprawdę warto do nich wrócić, by pokazać jak wiele się w tym czasie zmieniło.

12 miesięcy później w stolicy Superpuchar jest już obiektem pożądania, choć przecież znaczek przy nazwie klubu w Encyklopedii Piłkarskiej FUJI będzie dokładnie taki sam, jak ten, który był do zdobycia rok wcześniej. Prestiż budują jednak kluby i ich rywalizacja, a Lech Superpucharu nie zlekceważył – będzie gospodarzem doskonałego a na dodatek dochodowego widowiska, czyli takiego, jakiego Legia rok temu nawet stworzyć nie próbowała.

Zmieniło się podejście Henninga Berga. Może ze względu na rywala i okoliczności (przegrane mistrzostwo pozostawiło głód sukcesu i puste miejsce w gablocie, klęska w Poznaniu też nie zostałaby mu zapomniana, jak 2:3 z Zawiszą), a może zrozumiał jednak, że kolejny puchar w CV – jaki by nie był to naprawdę poważny argument w rozmowie z przyszłymi pracodawcami – jacy i kiedy by się nie pojawili. Dziwiłem mu się zresztą rok temu, że tak nonszalancko traktuje imprezę, której piłkarskie władze kraju, w którym pracuje i któremu winien jest szacunek, chcą nadać dużą rangę… Sir Alex Ferguson by sobie na to nie pozwolił, dla niego Tarcza Dobroczynności a później Wspólnoty stanowiła dobre wejście w sezon i była kolejną okazją do pielęgnowania w graczach zwycięskiej mentalności. Grający kiedyś Wyspach Dan Petrescu podobnych dylematów nie miał: właśnie wygrał Superpuchar Rumunii, choć w Targu Mures pracował tylko kilka tygodni. A przecież mógł wyjechać do Chin jeszcze przed tym meczem…

Dzisiejszy mecz i najbliższe ligowe przyniosą też kolejne odpowiedz, jak zmienił się Henning Berg po przegranym mistrzostwie. Wystawi Ondreja Dudę, czy zachowa się tak samo, jak w bliźniaczej sytuacji z Miroslavem Radoviciem w Amsterdamie? W lidze dalej będzie bez umiaru rotował składem czy też poprzestanie na dwóch-trzech zmianach najbardziej zmęczonych zawodników? Oczekiwanie na te odpowiedzi też czyni nadchodzący sezon jeszcze ciekawszym.

Mało jest o Lechu, który dla mnie jest zdecydowanym faworytem dzisiejszej walki o Superpuchar, ale z podziwem patrzę, jak szybko domknął kadrę (brakło tylko, a może aż, wzmocnienia kluczowej pozycji bramkarza i pozyskania takiego, który dobrze gra na przedpolu) i jak poznaniacy realizują swój długofalowy plan. Tak, jak rok temu dla Legii, celem jest dla Lecha faza grupowa Ligi Europy, a Liga Mistrzów marzeniem, bo wszyscy zdają sobie sprawę, jak nagannie roztrwoniono rankingowe punkty z meczów z Juventusem i Manchester City… Ale w drodze do tego celu warto sięgnąć po Superpuchar i o tym wie w Poznaniu każdy. W Warszawie zrozumiano to dopiero po przegranym mistrzostwie…

Cieszę się na dzisiejszy mecz, bo Superpuchar zasługuje na to, by być wielkim wydarzeniem na otwarcie sezonu. W Polsce impreza ta miała pecha już od pierwszej edycji, która nie odbyła się ponoć dlatego jak opowiadał mi Wiesław Surlit, mistrz Polski z Szombierkami z 1980 roku że w Warszawie uznano, że na mecz Legii z drużyną z Bytomia nikt nie przyjdzie. Rozczarowanie w ekipie Huberta Kostki było ogromne, a Surlit do dziś pamięta, że trzy lata później z zazdrością patrzył, jak trofeum zgarnia trzecioligowa Lechia Gdańsk, która koniecznie chciała zagrać o Superpuchar z mistrzowskim Lechem. Tak bardzo, że nawet mecz ten zorganizowała.

W Polsce przez wiele lat spotkanie mistrza i zdobywcy pucharu albo odwoływano, albo organizowano w dziwnych miejscach, albo kluby ten mecz lekceważyły, darząc prestiżowy przecież w wielu krajach Superpuchar mniejszą estymą niż Stanisław Tym „puchar za zajęcie pierwszego miejsca” w „Misiu”. Dziś na szczęście nikt nie odpuści. Tak jak, mam nadzieję, PZPN i Ekstraklasa nie odpuszczą też dalszego promowania tego meczu. Naprawdę warto.

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI (@zzyzynski)

Autor jest dziennikarzem platformy NC+

TUTAJ PRZECZYTASZ WSZYSTKIE TEKSTY ŻELISŁAWA ŻYŻYŃSKIEGO

fot. PRESSFOCUS