Żelisław Żyżyński 27.04.2015

Żyżyński: Nie bójcie się gonić marzeń!

Pytacie mnie często, korzystając z twittera lub facebooka, co zrobić aby zostać dziennikarzem. Pisać, po prostu pisać. Jak najwięcej i z sensem. Co zresztą zamierzam Wam zaproponować na nowych dla mnie stronach FootBaru.

Dziś jestem kojarzony przede wszystkim z dziennikarstwem telewizyjnym, ale sam postrzegam siebie przede wszystkim jako dziennikarza piszącego. Zaczynałem w starym, dobrym krakowskim „Tempie”, jeżdżąc do Krakowa na staże już w czasach licealnych. To była znakomita szkoła. Przez wiele godzin dziennie nie tylko mogłem patrzeć, jak pracują dziennikarze, będący dla mnie niczym idole, ale rozmawiać z nimi, nie tylko o sporcie. W redakcji pojawiał się jeszcze były naczelny „Tempa”, Ryszard Niemiec, po newsroomie biegał Jerzy Cierpiatka, a na treningi Wisły, prowadzonej przez Wojciecha Łazarka, chodziłem w towarzystwie Andrzeja Skowrońskiego – miałem od kogo się uczyć. Procentowały też lekcje z Łodzi, gdzie moim Mistrzem – takim przez duże M – był Zbigniew Wojciechowski, potrafiący ciekawie opowiedzieć nawet najprostszą i najbardziej banalną historię. On nauczył mnie najwięcej, także wtedy gdy jako szesnastolatek prze rok pisałem do szuflady. Tak, tak, do szuflady. Czytał to tylko Zbyszek Wojciechowski.

Początku nie zapomnę nigdy. Spotkaliśmy się, mój przyszły Szef spojrzał krytycznie i zarządził: „Chcesz zostać dziennikarzem? Widzimy się w sobotę, punkt czternasta, przed wejściem dla prasy przy al. Piłsudskiego”. Byłem jakieś pół godziny  wcześniej. Weszliśmy na stadion, a potem do klubowego budynku i widzewskiej kawiarenki, w której spotykali się wszyscy dziennikarze, a po meczu także piłkarze. Dla mnie był to mały szok, ale najciekawsze miało dopiero nastąpić, bo zaraz po szybkiej kawie Zbyszek wręczył mi kartkę z przygotowanymi na ten dzień zadaniami, a potem zabrał mnie do… pokoju trenerów.

- To jest trener Władysław Stachurski.   Zrobisz z nim wywiad na dwie strony maszynopisu. Aktualny, taki jak do poniedziałkowego wydania. Panie trenerze, oddaję młodego człowieka w pana ręce. Albo raczej pana w ręce młodego człowieka – stwierdził redaktor Wojciechowski i zostawił nas samych.

Stachurski okazał się bardzo sympatycznym facetem. Rozmowa miała miejsce – pamiętam to do dziś, choć minęło już prawie 20 lat – przed meczem Widzewa z Wartą Poznań, a on spokojnie tłumaczył mi, dlaczego wciąż ma zaufanie do wygwizdywanego przez własnych kibiców Wojciecha Małochy… Wywiad więc powstał, następnego dnia o 9 rano dowiozłem też do domu Zbyszka Wojciechowskiego dwie strony relacji, reportaż i bodajże noty piłkarzy z uzasadnieniem. Wszystko pisane na maszynie Ojca, bo komputery powszechnie używane wtedy nie były, a relacje do redakcji wysyłało się faksem… Zbyszek przeczytał i stwierdził, że jest dobrze, że będzie mnie uczył. Za tę szkołę jestem Mu wdzięczny do dziś, nie ma takiego roku, bym nie odwiedził Jego mogiły na łódzkim cmentarzu Doły.

Nie mówcie mi więc, że dziś trudniej się przebić. Pisać jest znacznie łatwiej i to nie tylko dlatego, że na komputerze prościej koryguje się błędy niż pisząc na maszynie. Klubowe strony internetowe i blogi to idealne okna wystawowe dla tych, którzy mają coś ciekawego do przekazania, którzy chcą zaistnieć. Gdy prowadziłem zajęcia na temat dziennikarstwa prasowego na Uniwersytecie Warszawskim, zauważałem raczej brak ambicji i chęci nauki, niż brak możliwości. Owszem, były grupy, w których kilka osób już pracowało w zawodzie i pisało regularnie, ale trafiła się też taka, w której od samego początku czuło się, że na specjalizację „dziennikarstwo sportowe” słuchacze trafili przez przypadek i marzą tylko o tym, by jak najszybciej dostać wpis w indeksie. Już po pierwszych zajęciach łatwo było zauważyć tych, którzy mogą w dziennikarstwie zaistnieć (pozdrawiam Izę Kuś, świetną dziś rzeczniczkę Legii i Mateusza Bystrzyckiego ze Sportklubu) i tych, którzy nawet nie spróbują tego zrobić. Naprawdę łatwo dziś zaistnieć, trzeba tylko chcieć. Chcieć się uczyć, chcieć pisać, chcieć pracować nad sobą.

Większość z Was marzy o pracy telewizji – przyznaję, też tak miałem. Wiedziałem jednak, że podstawą jest pisanie, dziennikarz zawsze zaczyna mając przed sobą czystą kartkę papieru. Do Canal Plus trafiłem przecież przez gazetę – do dziś pamiętam, jak poszedłem na ogłoszony przez Tomka Smokowskiego i Andrzeja Twarowskiego casting. Znaliśmy się tylko z  widzenia, ale i tak uważali, że przyszedłem bardziej napisać jakiś reportaż, niż naprawdę ubiegać się o pracę w towarzystwie innych ludzi, którzy mają takie same marzenia jak ja… Ostatecznie z castingu nie wybrali nikogo, jak się okazało robili bardziej przegląd kadr na rynku niż poszukiwali współpracowników, ale po paru miesiącach zadzwonił Twaro i zaprosił mnie jako eksperta do sobotniej Ligi+, programu wtedy kultowego. Uznałem, że znalazłem się na szczycie polskiego dziennikarstwa piłkarskiego, więc gdy po kolejnych kilku miesiącach dostałem propozycję stałej współpracy, nie wahałem się ani sekundy. Od tamtej chwili minęło już siedem lat.

Piszę to, żeby pokazać Wam, że wszystko jest możliwe, gdy goni się własne marzenia. Nie chcę by zabrzmiało to, jak wycinek z książki Paulo Coelho (zwłaszcza, że jedna koleżanka wyjaśniała mi kiedyś, że błyskawicznie wyszła z domu faceta, u którego zobaczyła książkę Brazylijczyka przy łóżku…), a bardziej jak dobra rada i zachęta do pracy nad sobą. Jak jesteście dobrzy, zostaniecie zauważeni.

Piszę to również po to, byście lepiej mnie poznali, skoro mam być jednym z kucharzy nowego FootBaru. Już od środy będę tu gotował co tydzień, pisząc o polskiej piłce, tej zagranicznej, a także, jak to w barze, o kuchni telewizyjnej. Wierzę, że się spodoba i że podobnie jak ja, będziecie tu bywać regularnie. Zapraszam serdecznie, bon appétit!

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI (@zzyzynski)

Autor jest dziennikarzem platformy NC+