Żelisław Żyżyński 03.06.2015

Lech jak Stevie G.?

Są takie obrazy, które w głowach pozostają na zawsze. Także te piłkarskie, widoczne w większej  części nie  na płótnie a na ekranie telewizora. Na jednym z nich Steven Gerrard krzyczy do kolegów w okolicach linii środkowej boiska: Teraz nie możemy się poślizgnąć, nie możemy tego wypuścić!

To był kwiecień ubiegłego roku. Liverpool właśnie pokonał Manchester City i miał siedem punktów więcej niż rywal, który posiadał jeszcze w ręku dwa spotkania, ale wirtualnie punkt mniej. Droga do mistrzostwa dla drużyny z Merseyside jawiła się jako autostrada z szeroko otwartymi bramkami… Czy ktoś to jeszcze w ogóle pamięta?!

Liverpool poślizgnął się w czterech pozostałych do końca rozgrywek kolejkach i to nie raz, tytuł powędrował do błękitnej części Manchesteru. A legendarny kapitan „The Reds” poślizgnął się dosłownie – takiego scenariusza nie napisałby nawet Woody Allen i to nie tylko dlatego, że ten dramat nie rozgrywał się w Rzymie, Paryżu ani nawet na Manhattanie.  Futbol pisze najlepsze historie.

Po wygranej Lecha Poznań w Gdańsku, oczyma wyobraźni widziałem podobny obrazek, jak 13 miesięcy wcześniej na Wyspach. Nie wiem, dziś w Zabrzu zapytam Łukasza Trałkę, czy padły takie same słowa, czy ktoś w szatni Kolejorza rzucił mocne: Teraz nie możemy tego wypuścić!, okraszone pewnie jeszcze najczęściej używanym w języku polskim słowem na „k”. Ale pasują idealnie. Jeśli Lech wypuści taką szansę, jak ma w tym sezonie, to piłkarze powinni grać w Lechu do skutku, do kolejnej szansy na mistrzostwo. Ja wiem, że presja, że napięcie, że dopóki piłka w grze… Ale każdy z poznaniaków ma teraz szansę ustawić siebie i swój klub na lata. Jeśli Lech nie utrzyma przewagi nad Legią, jej dominacja w Polsce potrwa całe lata. Już ma największy budżet i najlepszy marketing, ale jeśli będzie miała też słabych rywali, którzy wręcz jej pomagają, mistrzostwo Polski zaczniemy wręczać jak w Niemczech – w okolicach Wielkanocy.

Żeby była jasność – ja nikomu nie kibicuję, dawno z tego wyrosłem. Chcę, by wygrywał lepszy, by na boisku były emocje do ostatniej minuty. Chcę żeby polska piłka coś znaczyła w Europie i szczerze uważam, że większe szanse na awans do Ligi Mistrzów ma Legia niż notorycznie zawodzący na większych scenach Lech. Ale zdanie zmienię, jeśli Lech wytrzyma gorączkę ostatnich kolejek i pokaże, że Maciej Skorża zbudował w Poznaniu drużynę, której – tu słowa samego trenera – szatnia zmieniła się nieodwracalnie na lepsze, zahartowała. Jeśli Lech się nie poślizgnie w Polsce, wierzę, że utrzyma równowagę także w meczach ze Stjarnan czy innym odpowiednikiem zespołu z Islandii. I będzie godnym rywalem dla Legii w Ekstraklasie, bo że warszawianie mają plan na lata – widać gołym okiem.

Jeśli Lech przegra, to na myśl przyjdzie mi nie tylko mina zrozpaczonego, w pewnym sensie tragicznego bohatera Liverpoolu, ale także postać Antonio Veloso. Kapitan Benfiki Lizbona w 1988 roku był pierwszym i jedynym graczem, który zmarnował karnego w konkursie jedenastek na Neckarstadionie w Stuttgarcie. Stawką był Puchar Europy, jedenastu innych graczy strzelało bezbłędnie, a Veloso strzelił tam, gdzie rzucił się Hans van Breukelen i sprawił, że kibice zespołu  Lizbony mają pełne prawo uważać się za naród przeklęty. Puchar Europy zdobyli Holendrzy, a Veloso po finale wydukał do dziennikarzy jedno: Będę grał dla „O Glorioso” do momentu wygrania trofeum…

Veloso był słowny, ale nie nieśmiertelny, klątwy rzuconej w latach 60. przez Belę Guttmana nie złamał. Walczył do 38. roku życia, wraz z kolegami awansował nawet do finału Pucharu Europy w 1990 roku. Potem na dalszą walkę nie pozwoliło mu zdrowie i wiek. Ale wiedział, co zawalił.

Dziś takim Gerrardem, takim Veloso, jest dla mnie w Lechu – kilka lat temu nie wierzyłbym, że to piszę – Łukasz Trałka. Serce i dusza zespołu, gość, który własną pracą i ambicją przezwycięża wiele własnych piłkarskich ograniczeń. Dla mnie gracz sezonu w Ekstraklasie, MVP. Chłop, w którego nie wierzyli nawet kibice Lecha, a którego dziś porównują do największych kapitanów swojej drużyny w  ostatnich latach. Pan Lech.

Dziś i w niedzielę tylko od niego i jego kolegów będzie zależeć czy za lat kilka będę pamiętał go jako postać tragiczną, czy jako legendarnego kapitana Lecha. Naprawdę nie życzę Trałce, bym dodał jego zdjęcie w swojej osobistej piłkarskiej galerii na tej samej stronie, na której są już fotografie Stevena Gerrarda i Antonio Veloso. A paradoks polega na tym, że są to życzenia powodzenia…

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI (@zzyzynski)

Autor jest dziennikarzem platformy NC+

TUTAJ PRZECZYTASZ WSZYSTKIE TEKSTY ŻELISŁAWA ŻYŻYŃSKIEGO

fot. PRESSFOCUS