Redakcja 07.11.2016

Grenlandia – miejsce, gdzie w siedem dni, rozgrywa się cały sezon

Napięty terminarz meczów Premier League jest zmorą każdego menedżera, więc pomyślcie, co zrobiliby Wenger i spółka, gdyby cały sezon mieli zmieścić w jednym tygodniu. Tutaj nie mogą pozwolić sobie na więcej luksusu...

Nike Lyberth-Berthelsen, główny sekretarz Grenlandzkiej Federacji Piłkarskiej (GBU), spogląda z ogromnym uczuciem na nową 4G nawierzchnię astroturf na stadionie Nuuk po raz enty, a za każdym razem dumny uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Radość nie kończy się jednak na nim, ani na kilkudziesięciu dzieciakach, które szybko wbiegają na boisko podczas każdej przerwy między meczami Grenlandzkich Mistrzostw Futbolu (Angutit Inersimasut GM lub po prostu GM).

Jest to pierwszy rok, kiedy mistrzostwa rozgrywane są na astroturfie, po dekadzie meczów na nieprzyjemnej kamienistej, pełnej pyłu nawierzchni. W latach 60. helikoptery lądowały tuż obok boisk, wrzucając morze kamieni wprost na murawę, zmuszając piłkarzy do przerwania spotkania.

- Rany zostawały na długo po mistrzostwach - wspomina Lyberth-Berthelsen. – Jak z bramkarzami? Cóż, nie rzucali się na piłkę. Takie boisko przesunie nasz futbol o lata świetlne do przodu.

Korzystając z kilku tygodni, kiedy pogoda jest wystarczająco ciepła, żeby rozgrywać mecze na zewnątrz, zespołu pokonują setki kilometrów po największej wyspie świata, żeby rywalizować w mistrzostwach kraju. Drużyny, które zakwalifikują się ze swoich regionów, jadą do stolicy – Nuuk, będącej domem dla 17 tysięcy z 56 tysięcy mieszkańców Grenlandii. Trwające tydzień rozgrywki dotyczą ośmiu drużyn, podzielonych na dwie grupy.

Pomimo skrupulatnie zaplanowanego terminarza, pierwszym dniom tegorocznych rozgrywek towarzyszą ulewy i porywisty wiatr, zmuszając czekające na swoją kolej drużyny do szukania schronienia w szatni. Kiedy jednak dwie drużyny z Nuuk szykują się do derbów w półfinale, pojawia się słońce, chmury unoszą się wysoko, odsłaniając niesamowity widok na góry, fiordy i ocean. Czerwono-biała flaga Grenlandii powiewa w każdym narożniku boiska. Za jedną z bramek jest małe boisko treningowe, gdzie niemal nieustannie spotkać można mnóstwo dzieci biegających za piłką, za drugą natomiast jest ogromny magazyn, służący do różnych imprez i sportów halowych.

Zaczynają pojawiać się fani, którzy wdrapują się na skały wokół boiska, zajmując najlepsze miejscówki na oglądanie widowiska. Bo choć przy linii bocznej znajduje się kilka szkolnych ławek, większość kibiców upatrzyła sobie skały jako ulubione miejsce do siedzenia. Mało tego, wśród zgromadzonych, można dostrzec banery i flagi ulubionych zespołów. Wszystkie mecze rozgrywek transmitowane są w państwowej telewizji, ale i tak kibice wolą oglądać to na żywo, a gdyby policzyć ich wszystkich, nazbierałoby się kilka setek, niezależnie od aktualnej pogody. Atmosferę podgrzewają kobiety, które raz za razem intonują lokalne przyśpiewki, podczas gdy mężczyźni dodają okazjonalne okrzyki.

- Kilka tygodni temu było naprawdę gorąco – wspomina jeden z fanów, kiedy na horyzoncie pojawia się słońce. – Mieliśmy chyba najcieplejszy dzień na Nuuk, temperatura sięgnęła chyba 25 stopni. Cóż, globalne ocieplenie ma także swoje dobre strony!

Wreszcie, przybywają zawodnicy mający wziąć udział w derbach Nuuk pomiędzy IT-79 (Inuit Timersoqatigiiffiat-79), którzy są odpowiedzialni za organizację turnieju oraz ich rywala B-67 (Boldklubben af 1967), czyli obecni mistrzowie Grenlandii. B-67 ma na swoim koncie cztery tytuły z rzędu, rozbijając po drodze w kwalifikacjach swoich rywali bez większych problemów. Podobnie jak wiele nordyckich państw, zespoły na Grenlandii ograniczają swoje pełne nazwy do litery i roku założenia, dzięki temu zaoszczędzając sporo czasu.

Pomimo swojej dominacji, B-67 nie są bardzo popularni wśród lokalnych mieszkańców, gdyż są duńskim klubem, wspieranym przez Carlsberga, którego butelka znajduje się w ich logo. Oczywiście, słynny browar sponsoruje także wiele innych drużyn w tej okolicy.

Po niezbyt udanym starcie spotkania, B-67 szybko przejmują kontrolę i wygrywają spotkanie z IT-79 aż 4:0. Ich rywal nie miał jeszcze okazji zostać mistrzem, ale B-67 się tym nie przejmują – ponownie doszli przecież do finału bez utraty gola. Stałym obrazkiem podczas każdego spotkania jest trener B-67, Tekle Ghebrelul, nieustannie nakłaniający piłkarzy do powrotu i celebrowania gola wraz ze swoim bramkarzem tuż przy linii bocznej.

Tekle jest także połową sztabu trenerskiego reprezentacji Grenlandii, tworząc go wspólnie z Rene Olsenem. Seria nieprawdopodobnych zdarzeń sprowadziła Tekle do tego państwa 13 lat temu. Dorastał on w Erytrei, a po tym, jak jako niemowlak został sierotą, był zmuszony do udziału w wojnie o niepodległość w wieku 10 lat.

Po pobycie w więzieniu Tekle wylądował w Sudanie, gdzie ponownie trafił za kratki za próbę przekroczenia granicy z bronią. Chwilę później jego życie zaliczyło dramatyczny zwrot. – Pojawiło się Amnesty International i próbowało pomóc dzieciakom z Erytrei – wspomina. – Nie chciałem nigdzie iść, ale i tak zabierali ludzi do takich miejsc jak Kanada czy Szwecja. Jedna z kobiet, z którą sporo rozmawiałem była Dunką, więc zgodziłem się na wyjazd do Danii.

Chociaż życie tam nie było łatwe, Tekle nauczył się języka, ożenił z Dunką i zaczął ponownie grać w futbol. – Będąc w Danii, zobaczyłem artykuł o Północnej Grenlandii – wyznaje Tekle. – Marzyłem o mieszkaniu tam, więc kiedy tylko znalazłem ofertę pracy, natychmiast się zgodziłem. Niespełna kilka miesięcy później byłem już szefem sportu w szkole. To był najprzyjemniejszy czas w moim życiu, ale wobec faktu, że zawsze było ciemno, niewiele dało się zrobić. Nigdy wcześniej nie przeczytałem tylu książek!

Nic dziwnego, że jego żona dała mu ultimatum: albo natychmiast wracają do Danii, albo przenoszą się do stolicy Nuuk. Tekle wybrał Nuuk. Przybył tam w 2009 roku, a pierwszym miejscem, które odwiedził, był Nuuk Stadium. – Poszedłem tam obejrzeć spotkanie, ale cały czas ludzie mówili mi, że powinienem zaangażować się jako trener, nie rozumiejąc, że wystarcza mi samo obserwowanie – wspomina. – Później, w listopadzie 2010 roku, Rene Olsen zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie byłbym zainteresowany prowadzeniem wspólnie z nim reprezentacji kraju. Zgodziłem się i rozpoczęliśmy wdrażanie planu, który miał zacząć się na samym dole i zbudować tutaj futbol od podstaw.

Podczas gdy kluby z Nuuk miały wszystko na miejscu, pozostałe drużyny czekała wyprawa rodem z Hobbita, żeby dotrzeć do stolicy. Topografia Grenlandii sprawia, że wszelkie wyjazdy są długie i bardzo kosztowne dla klubów rozsianych na wschodzie, zachodzie i północy kraju – zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że pomiędzy głównymi miastami nie ma porządnych dróg.

W poprzednich turniejach popularnym było wynajmowanie rejsów statkiem przez drużyny, co czasami kończyło się bardzo tragicznie. W sierpniu 2004 roku trzech piłkarzy podróżowało z Aasiaat przez Zatokę Disko w północno-zachodniej Grenlandii na mecz w Qeqertarsuag, ale nigdy nie wrócili do domu, gdyż ich łódka zakończyła rejs na bezludnej Wyspie Hare. Ekipa ratunkowa nie była w stanie ich odnaleźć.

Obecnie większość drużyn płaci za przeloty samolotami na GM. Turniej dla szalejących na punkcie futbolu mieszkańców Grenlandii jest priorytetem, ale należy pamiętać o pracy i obowiązkach. Niektórzy piłkarze, co roku rzucają pracę i po rozgrywkach szukają nowej. Jest to spore utrudnienie dla zawodników, którzy w większości są amatorami. – Poświęcenie, jakie wykazują reprezentanci naszego kraju, jest niesamowite – tłumaczy Olsen, 37-letni trener z Grenlandii. – Niektórzy zawodnicy muszą odrzucać powołania do kadry, ponieważ wiedzą, iż nie pogodziliby tego ze swoją pracą lub obowiązkami rodzinnymi.

Podczas gdy niektórzy mieszkańcy Grenlandii mają za sobą zawodowstwo w piłce ręcznej, wciąż trzeba poczekać na taki sam obrót spraw w przypadku futbolu, chociaż czasami zdarzają się wyjazdy piłkarzy do niższych lig w Danii. Były skrzydłowy Chelsea, Jesper Gronkjaer, urodził się w Nuuk, ale wyjechał do Danii w bardzo młodym wieku. – Tęsknota za domem jest problemem piłkarzy z Grenlandii – tłumaczy Olsen. – Brakuje im polowań i tradycyjnego stylu życia. Trudno jest wyjechać, kiedy przywykło się do życia pośród natury.

Więcej przeczytasz w najnowszym FourFourTwo