Redakcja 07.11.2016

Jurgen Klopp. Szef jakich mało

Rock'n'rollowy futbolowy maestro nauczył już Liverpool swojego słynnego gegenpressingu. Czy jednak jest on w stanie przemienić ambicje klubu w rzeczywistość i usadowić „The Reds” ponownie na upragnionej grzędzie?

Jurgen Klopp uwielbia imprezy. Stało się to jasne dla piłkarzy Liverpoolu podczas drogi powrotnej z Vicarage Road w Watford w dniu 20 grudnia ubiegłego roku. Zastanawiali się wówczas mocno, czy ich menedżer obserwując kompromitującą porażkę 0:3, może odwołać świąteczną imprezę zaplanowaną na ten wieczór. Większość nie miałaby nic przeciwko i nawet na to liczyła. Nikt nie był w nastroju.

Ku ich zaskoczeniu, Klopp nalegał, że impreza musi się koniecznie odbyć. Co więcej, wystosował nawet oficjalne pismo, nalegając na przybycie. Jego piłkarze, jego sztab oraz ich partnerki udali się do hotelu Formby Hall z przekonaniem, iż ten wieczór będzie wyglądał zupełnie inaczej. Kiedy wszyscy byli już na sali, Klopp przejął mikrofon. – Wszyscy jesteśmy rozczarowani, ale ten mecz to już historia – wyznał. – Teraz to party jest naszym priorytetem. Nie obchodzi mnie, co będziecie pić, ale nikt nie wychodzi stąd przed pierwszą w nocy. Cokolwiek robimy wspólnie, robimy to najlepiej jak potrafimy, a dziś wieczorem oznacza to imprezowanie.

Impreza trwała. Klopp, według obecnych na tym wydarzeniu, był głównym wodzirejem, uderzając w parkiet razem ze swoją żoną Ullą, prezentując wspaniały styl taneczny. Przez cały wieczór nie przestawał się uśmiechać, a wkrótce uśmiech zaczął pojawiać się także na twarzach jego podopiecznych. Kiedy wybiła pierwsza w nocy, nikt nawet nie myślał o spojrzeniu na zegarek. Zamiast tego, zawodnicy, ich partnerki oraz członkowie sztabu, byli zaaferowani tańcem, spychając mecz z Watford w głąb swoich umysłów.

Kilka dni wcześniej świąteczna impreza Manchesteru United została odwołana przez piłkarzy. Uznali, być może prawidłowo, że ani fani United oraz trener Louis van Gaal nie chcą usłyszeć o zabawie zawodników, którzy chwilę wcześniej odpadli z Ligi Mistrzów, będąc w dołku okraszonym porażkami z Bournemouth, Norwich i Stoke.

Odwoływanie świątecznych zabaw jest czymś regularnym w Premier League, a najczęściej rolę Scrooge'a w ostatnich latach odgrywali Harry Redknapp oraz Alan Pardew. Ale Klopp, dwa miesiące po swoim przyjeździe do Anglii, postanowił obrać inny kierunek. Impreza, według niego, była jeszcze bardziej potrzebna, zważając na to, co tego feralnego popołudnia wydarzyło się na Vicarage Road.

Gdyby zawodnicy Liverpoolu odrobili jednak swoje zadanie domowe na temat Kloppa, nie byliby tacy zdziwieni. Zachował się on bowiem dokładnie tak samo jak dwanaście miesięcy wcześniej w Niemczech. Przeżywając swój najgorszy okres w trenerskiej karierze, obserwując jak jego Borussia Dortmund ma tylko punkt przewagi na strefą spadkową Bundesligi, postanowił zrobić wszystko, żeby piłkarze weszli w przerwę świąteczną w dobrych nastrojach. Wysłał wiadomość do swoich podopiecznych: „Ani przez chwilę nie waż się myśleć, że nie jest to obowiązkowe. Żadnych wyjątków. Wszyscy mają przyjść”.

W innym wypadku piłkarze udaliby się do domów sami i mocno nadąsani, a on nie chciał zostawiać ich w takim stanie. Wierzył, że drużyna powinna zachowywać się jak grupa braci, która razem wygrywa, razem przegrywa i zdecydowanie razem imprezuje w odpowiednim czasie. Słowo „razem” pojawia się bardzo często w jego słowniku języka angielskiego. – Jeśli będziemy trzymać się razem i przejdziemy przez to razem, Liverpool czeka świetlana przyszłość – powiedział na zakończenie poprzedniego sezonu, który zakończył się po porażce z Sevillą w finale Ligi Europy w Basel.

Jaka była atmosfera na zaplanowanej wcześniej imprezie po meczu w szwajcarskim hotelu? Prawdopodobnie odgadliście. Zaczęło się niczym stypa, gdzie każdy rozmawiał o swoich planach wakacyjnych, ale kilka drinków później, kiedy Klopp zaprosił ich na parkiet było już zdecydowanie lepiej. – Dwie godziny temu czuliście się jak gów** – wyznał. – Teraz, mam nadzieję, jest trochę lepiej. Posłuchajcie: to jest dopiero początek. Zagramy jeszcze razem w wielu finałach.

Po tych słowach, zaczął śpiewać. – Jesteśmy Liverpool, tra la la la – rozniosło się po sali. Jego piłkarze szybko dołączyli do śpiewu i nastrój był już o niebo lepszy. Właśnie takim Klopp jest menedżerem. Prowadzi swoją drużynę. Jego piłkarze za nim podążają.

PRZEMIANA WĄTPIĄCYCH W WIERZĄCYCH

W swoim pierwszym dniu jako pełnoprawny opiekun Liverpoolu, 9 października ubiegłego roku, Jurgen Klopp podzielił się ze swoimi piłkarzami diagnozą, którą zaobserwował już z dystansu, czyli jeszcze wtedy, gdy trenerem był Brendan Rodgers. – Na ten moment wszyscy w rodzinie LFC są nieco zbyt zdenerwowani, zbyt pesymistyczni, zbyt wątpiący – skomentował. – Atmosfera na stadionie jest dobra, ale nikt tak naprawdę nie cieszy się tym wszystkim. Nie wierzą w nas w tym momencie. Żyją przeszłością. Tym, co było pięć lat temu, dziesięć lat temu, czy dwadzieścia lat temu. Wygrywasz mecze i słyszysz takie rzeczy, że „no tak, defensywa jest problemem”. Musimy zrobić restart. Jest niezwykle ważne, żeby od tego momentu, piłkarze poczuli różnicę. Musimy ich zmienić z wątpiących w wierzących.

Wątpiący? Od pierwszego dnia każdy fan Liverpoolu wierzył w Kloppa. Nigdzie chyba w Anglii kult menedżera nie jest większy niż na Anfield. Zarówno Gerard Houllier, jak i Rafael Benitez, byli czczeni na długo przed tym, gdy wygrali pierwsze trofeum, choć nie należy zapominać, że Rafa zakończył swój pierwszy sezon z Merseysides spektakularnym triumfem w Lidze Mistrzów. Jednakże trzy miesiące wcześniej, miał na koncie wygranych 13 z 27 ligowych spotkań, a także porażkę w Pucharze Anglii z o wiele niżej notowanym Burnley. Nie przeszkodziło to fanom w umieszczeniu jego podobizny w złotej ramce i paradowaniu z nią po ulicach Cardiff w dniu finału Pucharu Ligi Angielskiej w 2005 roku. Kenny Dalglish (z wiadomych przyczyn) oraz Brendan Rodgers byli traktowani niczym Mesjasze od pierwszych dni w klubie, chociaż jak wiemy, żaden z nich nie dał „The Reds” tego, czego oczekiwano. Za wyjątkiem Roya Hodgsona, który był niewłaściwym człowiekiem w złym miejscu w nieodpowiednim czasie, żaden menedżer Liverpoolu w ostatnich kilku dekadach nie miał problemów z ciepłym przyjęciem. Klopp, „odświeżony” po siedmiu cudownych latach w Borussii Dortmund, jest więc kolejnym człowiekiem, który ma zaprowadzić „The Reds” z powrotem wprost do obiecanej ziemi.

Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić. Sprawą ważną dla nowego trenera zawsze jest poprawienie nastrojów na trybunach i w ośrodku treningowym. Tyle że Klopp zastał na miejscu niefunkcjonalny skład, a wobec faktu, że okienko transferowe było już zamknięte, mecze nadchodziły szybko i często, miał ograniczoną możliwość do poprawy jakości. Jego wybitnie intensywna taktyka gegenpressing przyniosła niesamowity rezultat w Dortmundzie, ale to nie Football Manager, gdzie możesz zmienić coś na suwakach i piłkarze zaczną grać pressingiem tak, jak tego oczekujesz. Niegdyś jego zespół w Dortmundzie pokonywał więcej niż 120 kilometrów podczas meczów Ligi Mistrzów, zabiegając i przytłaczając nawet lepszych rywali, ale to nie wydawało się możliwe do realizacji ze składem, jaki Klopp zastał w Liverpoolu w październiku 2015 roku. Takie rzeczy wymagają czasu, a czas na boisku treningowym był czymś, czego nie miał niemiecki trener w sezonie zawierającym 63 spotkaniach w 4 różnych rozgrywkach, wliczając w to finały Ligi Europy i Pucharu Ligi Angielskiej. Nie było opcji, żeby przemienił drużynę Liverpoolu w swoją starą Borussię w ciągu nocy, lub przynajmniej bez dokonania ważnych zmian w składzie. Dlatego też zdecydował się poczekać do lata.

Od samego początku Klopp miał wrażenie, że – jak to określiła jedna z jego bliskich osób – w Liverpoolu było coś zepsute. Według niego, drużyna piłkarska napędzana jest pozytywną energią, sercem i duszą, a tego nie zauważył na Anfield. Były momenty, kiedy „The Reds” wspinali się na wyżyny: w Premier League pokonali Chelsea 3:1 i Manchester City 4:1 oraz 3:0, wygrali z Evertonem 4:0 w derbach Merseyside, zmiażdżyli Southampton w Pucharze Ligi Angielskiej 6:1, a w Lidze Europy rozprawili się z Manchesterem United 2:0, Villarrealem 3:0 oraz Dortmundem 4:3 (w tym ostatnim przypadku po wspaniałym powrocie z piłkarskich zaświatów). Ale były to pojedyncze spotkania, coś było nie tak i z powodu serii porażek, Klopp rwał sobie włosy z głowy.

Wiara w menedżera była niepodważalna, zarówno na trybunach, jak i w szatni, a nawet wśród zarządu, co działo się chyba pierwszy raz odkąd Fenway Sports Group kupiło klub w 2010 roku. Finał Ligi Europy mógł być zwieńczeniem trudnego sezonu, ale w drugiej połowie spotkania w Basel, Sevilla pokrzyżowała plany Liverpoolowi, który nie radził sobie z grą pod presją. Ta drużyna wciąż nie miała jakości Kloppa. Zapowiadało się bardzo długie lato…

NIEKOŃCZĄCE SIĘ BIEGANIE I ŁAGODNE PODEJŚCIE

Jeśli było coś, co powodowało niezadowolenie w szatni Liverpoolu podczas pierwszych miesięcy rządów Kloppa, był to reżim treningowy. W poprzednich sezonach piłkarze w Premier League przywykli do podwójnych sesji treningowych, jednak niemiecki trener czasami zarządzał trzy sesje na dzień: jedną rano i dwie po południu, lub co gorsza – jedną po południu i dwie wieczorami. Niespodziewanie piłkarze Liverpoolu zostali zmuszeni do przywyknięcia z dnia na dzień do zupełnie innych metod treningowych. Mając na celu przygotowanie się do wieczornych meczów, zaczęli trenować o tej porze, żeby przygotować swoje ciała do osiągania szczytu możliwości właśnie w tym czasie. Nazywa się to treningiem rytmu dobowego. Ma to sens, ale piłkarze i tak niezbyt lubią takie rozwiązanie, gdyż wpływa ono na ich reżim treningowy. Nie można go zbytnio zmieniać, chyba, iż ma się pewność, że przyniesie pożądany skutek.

Pierwsza sesja treningowa Kloppa w październiku ubiegłego roku zakończyła się tym, że młody Portugalczyk Joao Teixeira zachorował (później opuścił klub), a dwóch kolejnych piłkarzy narzekało na ból. Niektórzy zastanawiali się, czy nie zostali zbyt mocno przyciśnięci na treningu. Raymond Verheijen, słynny holenderski trener kondycyjny, często zabierał głos na Twitterze, obwiniając trenera Liverpoolu za liczne kontuzje, które jego zdaniem były „klasycznym błędem”, kiedy chce się zbyt szybko narzucić większą intensywność. Nawet Frank de Boer, który w tym czasie zostawał trenerem Interu Mediolan sugerował, że Klopp powinien „nieco zwolnić” z wprowadzaniem swojej taktyki pressingu.

Kiedy Klopp zabrał swój Liverpool do Kalifornii w czerwcu, jasno wyraził, iż nie życzy sobie, aby opisywano to jako przedsezonowe tournee. Bo faktycznie, to nie było żadne „tournee”. Mieli owszem rozegrać mecze w Los Angeles, San Francisco i St Louis w ramach International Champions Cup, ale jak zaznaczał trener, miał to być bardziej obóz treningowy. I to intensywny. Dlatego niemiecki szkoleniowiec sprowadził nawet nowego człowieka od kondycji: Andreasa Kornmayera, wyglądającego jak on sam fachowca, pracującego wcześniej z Louisem van Gaalem, Juppem Heyncksem i Pepem Guardiolą w Bayernie Monachium. Klopp uśmiechnął się tylko, kiedy Kornmayer ostrzegł piłkarzy, iż będzie z nimi pracował jeszcze ciężej niż miało to miejsce wcześniej.

Podczas obozu treningowego w Stamford University w Kalifornii wszyscy piłkarze oraz członkowie sztabu szkoleniowego doszli do wniosku, iż nie przypominają sobie tak intensywnego, rygorystycznego przedsezonowego okresu przygotowawczego w żadnym z poprzednich klubów. Było to bardziej niczym obóz przetrwania. Podobnie jak Kornmayer ćwiczył ich ciała, Klopp chciał ćwiczyć ich umysły. Zawodnicy byli sprawdzani pod względem wiedzy taktycznej, zarówno przez menedżera, jak i jego asystentów: Zeljko Buvaca, Petera Krawietza i Pepijna Lijndersa, którzy wyprowadzili graczy daleko poza ich strefy komfortu. Zaliczyli cztery przedsezonowe mecze przed wylotem do Stanów Zjednoczonych, pokonując Tranmere, Fleetwood, Wigan i Huddersfield, wszystko na wyjeździe bez straty gola, ale dopiero na obozie przyszedł czas na prawdziwą pracę.

Poza sesjami treningowymi panowało ogólne rozluźnienie. Klopp chciał widzieć uśmiechy i radość u piłkarzy, gdy ci przebywali razem. Jego łagodne podejście do drużyny było tym, czego wszyscy potrzebowali. – Na boisku treningowym był pełen energii, rzucał żartami i śmiał się razem z nami – mówił Adam Lallana w maju. – Ludzie mówią o tym, że czasami nas przytulał, ale dla niektórzy znaczy to bardzo wiele. Pokazuje to, że docenia on naszą pracę, jaką wkładamy w ten sport. Oczekuje ciężkiej pracy. Oczekuje zaangażowania na sto procent.

Właśnie dlatego Mamadou Sakho został odesłany do domu z obozu treningowego. Klopp często odnosił się do „Mamy” z uprzedzeniem, ale miał ku temu podstawy. Francuski obrońca przybył spóźniony na odprawę do San Francisco, następnie opuścił sesję u fizjoterapeuty i pojawił się spóźniony na drużynowym obiedzie. Sakho popełnił także błąd, przerywając wywiad Kloppa podczas wycieczki zespołu po Alcatraz. Nie chodziło już tutaj o typowe uprzedzenia, ale szanowanie czasu przez zawodników. – Mamy tutaj pewne zasady i należy je szanować. Jeśli ktoś tego nie robi lub daje mi poczuć, iż nie szanuje tych reguł, muszę wówczas reagować. To wszystko – tłumaczył 49-letni trener.

Podczas pobytu w Stanford drużyna skupiała się głownie na gegenpressingu, firmowym znaku Kloppa, będącym bardzo intensywną wersją gry pressingiem. Wymaga on determinacji nie tylko w celu odzyskania posiadania na połowie rywala, ale zrobieniu tego w konkretnych, wyliczonych manewrach, aby natychmiast móc przejść do szybkiego ataku, gdy przeciwnik jest zdekoncentrowany. Piłkarze przechodzili przez ćwiczenia raz za razem: tranzycja z defensywy do ofensywy do zdobycia bramki. Im dłużej trwał obóz, tym ruchy były szybsze, płynniejsze i bardziej wyćwiczone. Klopp stał przy linii bocznej z założonymi rękami, będąc bardziej niż zadowolony z tego, co widzi. Nie musiał wówczas zbyt wiele mówić. Podsumowanie przyszło od Pepijna Lijndersa. – Jeśli wygrywamy trening, wygrywamy futbol – mówił.

Więcej przeczytasz w najnowszym FourFourTwo