Żelisław Żyżyński 27.05.2015

Co ma Dnipro do Legii, a Miron do Roberta?

Dziwią mnie głosy, że finału Ligi Europy nie widać, a impreza nie została w Warszawie właściwie rozpropagowana, dziwią mnie głosy kibiców mówiących, że mecz Dnipro z Sewillą wcale ich nie interesuje. Świadczy to o bardzo złej woli tych, którzy wielkiego wydarzenia, które odbędzie się na Stadionie Narodowym zwyczajnie nie chcą dostrzec, albo o pewnego rodzaju zgnuśnieniu polskich kibiców. Obie grupy wydają mi się zresztą dość liczne...

O tym, że Polak lubi sobie ponarzekać i często nie docenia tego, co ma, wiadomo nie od dziś, więc spora rzesza narzekających na zbyt małą reklamę finału, czy podkreślających, że „Euro 2012 widać było wszędzie”, a dzisiejszego meczu nie widać wcale – dziwić nie może. W stolicy pełno jest reklamowych plansz z logo UEFA, a fakt, że o samym meczu mówić zaczęło się dość późno, to raczej świadomy wybór polskich mediów, które nawet podczas fazy ćwierćfinałowej i półfinałowej Lidze Europy poświęcały tyle samo miejsca, co kontuzji piłkarza Legii. Albo nawet mniej. Ani PZPN, ani UEFA interesu w zakupie reklamowego miejsca na takie relacje nie miałyby żadnego, zwłaszcza, że bilety sprzedały się błyskawicznie. I nawet jeśli kupiło je sporo osób, które – jak to się nieładnie mówi – pójdą na event, to jestem przekonany, że zabrakło też wejściówek dla tysięcy prawdziwych kibiców. Oni finał zauważają i widzą, jak wielką imprezę ma Warszawa, oni już pewnie byli w strefie kibica na Placu Zamkowym i atmosferę wielkiego piłkarskiego święta czują. Byłem rok temu w Turynie i zapewniam, że dziś w stolicy dzieje się więcej, a mecz widać bardziej. I to nie tylko dlatego, że gra idzie o większą stawkę niż 12 miesięcy temu – bo przecież wtedy triumfator nie otwierał sobie drogi do Ligi Mistrzów. Sevilla po raz trzeci w swej historii podniosła pod Alpami Puchar UEFA, radości końca nie było, ale piłkarski raj ja ominął. Teraz klucze do wielkich pieniędzy, zatrzymania piłkarzy, nowych transferów leżą w Warszawie.

Polski kibic tego nie zauważa, nie widzi o jaką stawkę stoczą bój gladiatorzy na jego narodowej arenie? To świadczy o pewnego rodzaju apatii, dostrzegalnej też w Ekstraklasie. Kibice w Warszawie nie docenili ostatnio nawet meczu Legia – Lech, na którym nie było kompletu, ci w Poznaniu nie zapełnili stadionu, by wspierać klub grający o mistrzostwo, a ci we Wrocławiu… Cóż, szkoda nawet mówić o frekwencji w tym mieście, to jest zresztą temat na osobne rozważania i nie mówcie mi, że ich powodem jest reforma i fakt, że gra się zbyt długo. Nie teraz, nie w momencie, gdy każdy mecz jest o stawkę.

Nie bądźcie Drodzy Kibice takimi ludźmi jak rosyjski komentator Georgij Czerdancew, który stwierdził, że, cytuje z pamięci, awans Dnipro do finału Ligi Europy, to ostateczne poniżenie tych rozgrywek i znak, że trzeba je zamknąć”. Nie ulegajcie tej propagandzie i nie załamujcie rąk nad niedoszłym finałem Napoli-Sevilla, albo Wolfsburg-Sevilla. Historię Kopciuszka kochaliście zawsze, nie lekceważcie jej tym razem. Kibicowaliście ostatnio Kostaryce? Kamerunowi w 1990 roku? A może Grecji podczas portugalskich mistrzostw Europy? Oglądając mecz tenisowy trzymacie kciuki za kwalifikantem? Doceńcie Dnipro, nawet jeśli wielu z Was woli, co jest zresztą doskonale zrozumiałe, by Puchar UEFA wzniósł Polak. Grzegorz Krychowiak to zresztą w pewnym sensie takie samo objawienie tego sezonu, jak Dnipro – pamiętam jak wielu krytykowało jego transfer do Sewilli, mówiło, że sobie nie poradzi, jest surowy technicznie. A jednak tytaniczną pracą, dyscypliną, ambicją, doszedł na szczyt. Tak jak Dnipro w tym sezonie, choć jemu sprzyjało też szczęście…

Miałem okazję rozmawiać tydzień temu z piłkarzami z Dniepropietrowska. Normalni chłopcy, w których oczach są marzenia, a także smutek, gdy przy każdej okazji podkreślają, że „grają dla tych, co na Wschodzie walczą za ich wolność”. Wiedzą, że piłka nożna zeszła gdzieś na daleki plan, ale dostają wiele sygnałów, że ich sukces daje Ukraińcom powody do dumy, a gierojom na wojnie wiele radości w bardzo trudnych chwilach. Mają o co grać.

Wielu z graczy Dnipro Polskę lubi i ceni. Taki Artjom Fiedeckij na przykład chętnie opowiada, że jego dziadek był Polakiem, a jako dzieciak często przyjeżdżał do Polski na obozy sportowe. A w domu oglądał polskie bajki (uwielbia „Bolka i Lolka”) i teleturnieje (przepadał za „Idź na całość”).

Najbardziej Polski w ekipie Dnipro jest jednak trener. Miron Markiewicz miał babcię Polkę, a w jego domu, w Winnikach pod Lwowem, mówiło się po polsku. Doskonale zna nasz język i chętnie opowiada, jak blisko był pozyskania Roberta Lewandowskiego w 2010 roku („Byliśmy już dogadani w 2010 roku, cena 4 miliony euro, miał grać w Charkowie” – wspomina trener Dnipro. Jak nie wierzycie, zapraszam dziś przed meczem do oglądania studia w Canal+, tam te słowa padną). Mówi też o tym dlaczego do jego klubu nie trafiło dwóch innych znanych polskich piłkarzy i dlaczego on sam… nie został trenerem Widzewa Łódź! Też był już dogadany podczas swojej wizyty w Łodzi, tak, tak… Dziwnie splatają się te ludzie losy.

Markiewicz pokazał, jak przy sporej dozie szczęścia doprowadzić zespół do sukcesu, na który nikt nie liczył. Ten awans Dnipro jednoczy Ukrainę. Na meczu półfinałowym w Kijowie było 62 tysiące kibiców, którzy zrobili wszystko, by nikt nie pamiętał, że mecze domowe ta drużyna grać powinna 500 kilometrów na Wschód. Ponieważ w Dniepropietrowsku rozgrywane są tylko mecze ligowe niebiesko – białych, kibice wszystkich innych klubów dają Dnipro wsparcie w stolicy, tu kolor koszulki nie ma znaczenia. Zwłaszcza wtedy, gdy na trybunach zaczyna rozbrzmiewać ukraiński hymn, śpiewany w trudnych dla drużyny momentach.

Markiewicz pokazał też, jaką drogą mogą pójść polskie drużyny. Zespół oparł na Ukraińcach, z Brazylii ściągnął graczy bardzo dobrych, ale nie z najwyższej półki. Ma gwiazdy kupione za spore pieniądze, ale największą jest wychowanek klubu, Jewhen Konopljanka. Na pewno nie miał w tym sezonie łatwiejszej pracy niż sztab szkoleniowy Legii, a jednak dotarł z zespołem na Stadion Narodowy. Doceńmy to i nie mówmy już więcej, że jakiś taki ten finał Ligi Europy nijaki. Oglądajmy Dnipro i podziwiając formę i błyskotliwe ataki Sevilli, dziś pewnie jednego z dziesięciu najlepszych zespołów świata, popatrzmy też na taktyczną dyscyplinę i klasę ekipy z Dniepropietrowska, dla której dzisiejszy mecz jest naprawdę czymś jeszcze większym niż tylko finałem europejskich rozgrywek.

Ludzi na Ukrainie witają się w tych trudnych czasach mówiąc: „Sława Ukrainie”. Odpowiedź to: „Gierojom sława”. Ci, którzy zagrają dziś na Narodowym, to też prawdziwi gieroje.

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI (@zzyzynski)

Autor jest dziennikarzem platformy NC+

TUTAJ PRZECZYTASZ WSZYSTKIE TEKSTY ŻELISŁAWA ŻYŻYŃSKIEGO

fot. PRESSFOCUS