Redakcja 13.07.2016

Polski piłkarz: Brzmi dumnie, kosztuje niemało...

Jeśli chcemy mówić o polskich piłkarzach w kontekście transferów na rynku europejskim, słowa: żelazna kurtyna mówią wystarczająco wiele. W drugiej połowie XX wieku, nasz futbol posiadał szereg znakomitych zawodników, którzy mogliby zawojować świat. Mogliby gdyby nie sytuacja polityczna panująca na Starym Kontynencie, a zwłaszcza w jego wschodniej części.

Po upadku komunizmu, futboliści znad Wisły mogliby wyjeżdżać gdzie dusza zapragnie. Mogliby gdyby ich chcieli. Owszem,  posiadaliśmy świetnych zawodników, jednak nie z tej samej półki co legendy z poprzednich dekad. Przez lata sytuacja była – nazwijmy to koślawo, ale i trafnie zarazem – stabilnie mizerna. Dużo tej przysłowiowej wody w Wiśle musiało upłynąć, by wywodzący się znad niej zawodnicy byli pożądani przez wielkie firmy, które są wyłożyć za nich naprawdę okazałe kwoty.

 

Minione mistrzostwa Europy przynoszą i przyniosą do końca okienka, jeszcze wiele głośnych transakcji, także z udziałem polskich zawodników. Krychowiak jest już w PSG, Glik w Monaco, Rybus (na ME jak wiemy nie zagrał, ale wcześniejsze występy w Tereku i reprezentacji zrobiły swoje) w Olympique Lyon. Pozostaje czekać na konkretne oferty dla Milika, Kapustki, Pazdana i całej reszty zawodników, którzy w pełni rozkwitli dla naszego futbolu pod skrzydłami Adama Nawałki. Selekcjoner przedłużył co prawda kontrakt z PZPN do końca zbliżających się eliminacji MŚ 2018, ale nie tylko futbolistów skusić może ewentualna perspektywa wielkich zarobków i szansy wykazania swoich umiejętności na ławce jednej z globalnie znanych marek. Kto wie?

 

Co by było gdyby...

 

Jan Tomaszewski przyznał kiedyś w jednym z wywiadów, że w okresie gdy sam był czynnym zawodnikiem, wyjazd do zagranicznego klubu był niemożliwy ze względu na komunistyczny ustrój państwa, uciemiężonego pod radzieckim butem. Dla wojskowych władz kraju, spoglądanie w kierunku zachodu było zdradą ojczyzny, a transferowanie zawodników nie wchodziło w grę ponieważ byłoby to umieszczone na tej samej półce co handel ludźmi.

 

Tym samym nie doszło do wielu transferów – Włodzimierza Lubańskiego pragnął madrycki Real, podobnie jak Lucjana Brychczego. Kazimierz Deyna kuszony był i przez "Królewskich", ale także AC Milan czy Inter Mediolan. A to przykłady tylko najjaskrawsze, lata 70. i 80. były wszak dla naszego piłkarstwa najlepszym okresem w historii, a liczne grono piłkarzy było chodzącym marzeniem prezesów z największych klubów Europy. Wspominany Lubański często przytacza historię o tym, jak panujący na początku lat 70. ówczesny prezez Realu osobiście pofatygował się do Zabrza i zaproponował za 25-latka okrągły milion dolarów. Taka suma była wówczas nieporównywalnie bardziej szokująca niż dzisiejsze dziesiątki milionów euro wydawanych na piłkarzy pokroju Cristiano Ronaldo, Garetha Bale'a czy Neymara.

 

Gdyby Deynie i jego niewiele mniej znamienitym kolegom, pozwolono spakować walizki i obrać kurs na Hiszpanię lub Włochy, dzisiejsza karuzelka transferowa przyprawiałby o nieco mniej euforyczny zawrót głowy.

 

Czasy się zmieniają

 

Nadszedł moment, że władza ludowa zapragnęła ukazać ludzkie oblicze wobec utalentowanych zawodników i zezwoliła im na zagraniczne wojaże, ale dopiero po ukończeniu 30. roku życia. To był jednak zabieg przemyślany – po przekroczeniu 30. wiosen, zdarzają się przecież długotrwałe spadki formy, zwiększa się podatność na urazy, a sportowa atrakcyjność zawodnika w niczym nie przypomina tej, dzięki której polskie nazwisko znalazło się wcześniej na listach życzeń europejskich klubów. Nie generalizuję, po prostu zmierzam do tego, że w tym wieku większość piłkarzy miała najlepsze lata już dawno za sobą.

 

Pierwszymi, którym udało się wyjechać na Zachód to Jerzy Sadek i Janusz Kowalik. Sadka zapragnął Everton Liverpool, który ŁKS-owi oferował ponoć blisko 100 tys. Funtów. Rzekoma oferta była jednak wystosowana jeszcze przed wprowadzeniem "granicznego" wieku i nasz napastnik wyjechał z Polski dopiero kilka lat później, do Sparty Rotterdam. Kowalik natomiast długo bawił w USA (m.in. California Clippers) z drobną przerwą na epizod holenderski (m.in. NEC Nijmegen i... Sparta Rotterdam). Świat zwiedzili, trochę pieniędzy zarobili. Niestety nie można tego samego powiedzieć o ich karierach, tych przez duże K.

 

Rekordowy "Zibi"

 

Przejście Zbigniewa Bońka z Widzewa Łódź do, będącego wówczas najlepszym klubem na świecie, Juventusu Turyn było przez długie lata największym, a na pewno najsłynniejszym transferem z udziałem polskiego piłkarza. Klub z północy Włoch zapłacił za gwiazdę Mundialu '82 aż 1 450 000 dolarów. Pamiętać przy tym jednak należy, że włoska przygoda obecnego prezesa PZPN-u nieustannie była zależna od kaprysów PRL-owskich prominentów. Paszport

 

Dla nas najważniejsze jest jednak to, że Boniek nie poleciał do Turynu, by w trykocie w zebrę pokazywać się wyłącznie na klubowych fotografiach. Wespół z Paolo Rossim i Michelem Platinim oraz resztą znakomitych piłkarzy, stworzyli potęgę dominującą na Starym Kontynencie. Niestety, "Bello di note" był osamotniony w zagranicznych podbojach, jego reprezentacyjni koledzy, którym wyjechać się udało, mieli znacznie mniej szczęścia. Grzegorz Lato, z mieleckiej Stali wyrwał się dopiero 6 lat po Mundialu, na którym Polska zajęła 3. miejsce a on sam został królem strzelców. Trafił do KSC Lokeren.

 

Władysław Żmuda wyemigrował w mundialowym roku, a z Widzewa kupił go włoski Hellas Verona. Wespół z omawianym wyżej Latą, swoje wyjazdy mogą uznać za totalnie nieudane. Co innego Andrzej Szarmach... "Diabeł" wybył w 1980 r do Francji. Przez 5 lat gry w Auxerre rozegrał 144 spotkania, strzelając 94 gole, a udany etap zaliczył przecież także w EA Guinamp.

 

W czasie gdy rudowłosy Polak z Bydgoszczy imponował na boiskach Serie A, w kraju obniżono limit dla chętnych do zagranicznego wyjazdu z 30. do 28-26 lat. Nadal nie było to jednak rozwiązanie, na które główni zainteresowani radośnie zacieraliby ręce choć fakt faktem, sprawę wyjazdu odrobinę ułatwiało.

 

A po '89... Niespełnione przeprowadzki i groszowe przeprowadzki

 

Upadek komunizmu, rozwój gospodarki wolnorynkowej, wejście prywatnych inwestorów – podczas gdy kraj po raz pierwszy od wielu lat odetchnął (a przynajmniej próbował) pełną piersią, nasz futbol dostał... zadyszki. Ostatnim podrygiem wielkości naszej piłki był udział Widzewa w Lidze Mistrzów w sezonie 96/97. Od tamtego momentu kluby zbierały, mniej lub bardziej tęgie baty, a reprezentacja notorycznie mijała się z wielkimi turniejami. Temu wszystkiemu towarzyszyła beznadzieja na rynku transferowym.

 

Polscy piłkarze musieli naprawdę mieć sporo walorów i jeszcze więcej szczęścia, by przebijając się przez tłum mizernych kopaczy, zapracować na angaż w zachodnim klubie. Komu się udało?

 

Choćby Wojciechowi Kowalczykowi, który po wielu świetnych występach w Legii oraz reprezentacji olimpijskiej (srebro w Barcelonie '92) został zawodnikiem Betisu Sewilla. Hiszpanie zapłacili "Wojskowym" niespełna 2 mln dolarów. Udało się Pawłowi Wojtale, który do HSV Hamburg trafił z Widzewa za równowartość miliona euro. Równie udany okazał się transfer Andrzeja Juskowiaka z Lecha Poznań do Sportingu Lizbona w 1998 r za kwotę rzędu 1 250 000 euro, podobnie jak przeprowdzka Artura Wichniarka z Widzewa do Arminii Bielefeld w 1999 za 1 500 000 euro.

 

Jak wyglądał "cennik" Polaków już żyjących na obczyźnie?

 

Tomasz Iwan za 2 400 000 euro został sprzedany w 1997 roku, z Feyenoordu do PSV Eindhoven, Tomasz Wałdoch z kolei, za 2 600 000 euro przeszedł w 1999 z VFL Bochum do Schalke 04. I na tych przykładach wyliczankę zakończę bo – powiedzmy sobie szczerze – reszta dotyczy nie tyle kwot mniejszych, co piłkarzy z nieco niższej półki, trafiających do znacznie słabszych klubów niż te wymienione powyżej. Tym sposobem, trafiliśmy do drugiej dekady XXI wieku. Do lipca bieżącego roku polskim rekordem transferowym była oczywiście przeprowadzka Jerzego Dudka z Feyenoordu Rotterdam do Liverpoolu w 2001 roku. "The Red's" za naszego golkipera zapłacili 7 500 000 euro.

 

Być może to nie do Jurka ów rekord by należał gdyby ciałem się stał choć jeden z wielu transferów widmo. Przejrzyjmy je w tempie ekspresowym: Marka Citkę, po widzewskich występach w LM, chciały zatrudnić: Blackburn Rovers (ówczesny mistrz Anglii), Liverpool czy Inter Mediolan. Macieja Szczęsnego w swoich szeregach widział ponoć Manchester United, a jak już brniemy w kierunku Wysp to chrapkę na Tomasza Łapińskiego miał West Ham United, a na Grześka Szamotulskiego natomiast, Glasgow Rangers (tutaj chyba było najbliżej realizacji). Oczywiście po drodze zdarzały się prawdziwki typu: Kamil Kosowski może trafić do Barcelony... I tak przeważnie kończyło się, co najwyżej, na sukcesikach pod greckim, cypryjskim, ukraińskim, ewentualnie tureckim słońcem.

 

Świetni piłkarze, świetne transfery

 

Na to co obecnie dzieje się wokół naszych czołowych piłkarzy, siłą rzeczy spoglądamy przez pryzmat Euro 2016. I choć pewnie dzięki temu turniejowi paru piłkarzy zmieni klub (Bartka Kapustkę już chcą ponoć wyrwać z Cracovii za 3 mln euro, a mowa o 1.FC Koeln – tu akurat na miejscu naszego pomocnika bym się mocno zastanowił), to większość decyzji została podjęta przed mistrzostwami. Tak jak w przypadku naszego nowego rekordzisty, Grzegorza Krychowiaka, który z Sevilli do PSG przeszedł za 33 600 000 euro, czy Kamila Glika opuszczającego Torino na rzecz AS Monaco (11 000 000 euro). Obaj wyrobili sobie bowiem markę na przestrzeni ostatnich lat. Spisywali się wybornie zarówno w swoich klubach jak i kadrze, mimo naturalnych wahań formy, nie schodzili nigdy poniżej określonego poziomu. Ich zakup przez francuskie kluby nie jest dziełem przypadku, efektem jednorazowego błysku, tylko skutkiem ich ciężkiej pracy i niepodważalnych umiejętności.

 

Kolejne transfery są kwestią czasu. Arka Milika chce kilka znanych zespołów z SSC Napoli na czele. Piotra Zielińskiegow swoich szeregach widziałyby Liverpool i kluby włoskie, które grę Polaka zdążyły poznać bardzo dobrze podczas jego gry w Udinese i Empoli. Kamila Grosickiego kusi Everton, a Krzysztof Mączyński jest ponoć na celowniku OGG Nice. Te ploteczki zna zdecydowana większość z nas, ale przytaczam je nie tylko ze względu na konwencję tekstu, ale także dla kontrastu z mizerotą serwowaną parę lat wstecz. Polakowi nie zdarza się grać świetnie, tylko regularnie gra i to znakomicie. Polski piłkarz jest w pełni świadomym profesjonalistą, umiejącym wypromować się w mediach, imponującym pewnością siebie.

 

W myśl zasady "nigdy nie jest tak dobrze, aby nie mogło być jeszcze lepiej", powinni  swoje kariery nasi piłkarze. Przed nimi nowe wyzwania, szansa na jeszcze większą promocję. Skoro mamy swoich ludzi w Bayernie, Ajaxie, PSG (czytając te nazwy, zamknijcie oczy i zestawcie je sobie z naszymi piłkarzami sprzed 10 czy 15 lat...), Monaco i Borussii, to możemy liczyć na transfery jeszcze większe. I na jeszcze większe kwoty. Polacy uczą się być cenieni, Zachód uczy się Polaków cenić...

Tomasz Sierżant

Fot. Pressfocus