Żelisław Żyżyński 04.07.2016

EuroŻyży: Kwestia oceny

Jednym z powodów, dla których futbol tak bardzo wszystkich nas podnieca, jest gigantyczne pole do dyskusji, jakie roztacza się przed nami po każdym spotkaniu. A jednocześnie wynik jest jeden, wywalczony na boisku, więc sprawiedliwy - a nie dyskusyjny, jak w sportach, w których kluczem jest subiektywna nota arbitra.

W futbolu słowo "Gdyby" jest absolutnie kluczowe: odkąd Andrzej Twarowski podrzucił mi link do piosenki Łony i Webbera pod tym właśnie tytułem, mam wrażenie, że do futbolu pasowałaby jeszcze bardziej niż do całego naszego życia. Gdyby Grosicki strzelał a nie podawał, gdyby Krychowiak nie musnął piłki po strzale Renato Sanchesa, gdyby Nawałka zmienił Fabiańskiego na Boruca... Dyskusje można toczyć bez końca, wnukom o tym wszystkim opowiadać, tym bardziej, że nic naszego "gdyby" już nie podważy - zawsze będziemy mieli rację mówiąc, że Boruc kilka karnych by odbił. Albo Fabiański obroniłby strzał Ronaldo, gdyby tylko poszedł w drugi róg...

Kibice uwielbiają też dyskutować nad ocenami. Nigdy nie zgadzają się z tymi w gazecie, zawsze zauważą coś lepiej od dziennikarza, widzą jak na dłoni, że gość pomylił się wyraźnie, zamieniając dwóm piłkarzom noty - to ten grał na siódemkę a tamten na piątkę a nie odwrotnie! Jakie trzy gwiazdki za atrakcyjność, jak tej padliny w telewizji oglądać się nie dało? A za tamten supermecz, na którym byłem z dzieciakami tylko jedna gwiazdka?! Dyskusje, dyskusje, dyskusje... One też dodają uroku piłce nożnej, sprawiają, że mecz trwa znacznie dłużej niż 90 minut.

Niby oczywiste to wszystko, ale podczas tego Euro o ocenach mówiło się wyjątkowo dużo. Jak naszych oceniła prasa francuska, hiszpańska, niemiecka?... W czasach walki o klikalność wszystko było materiałem na osobny tekst, a potem iskrą do bomby z komentarzami: bo oceny były często brane z sufitu. Ale kibiców nakręcały... Zupełnie zresztą niepotrzebnie.

Wiecie, jak wygląda ocenianie piłkarzy? Wersji jest kilka. Czasem gazeta i autorzy przyjmują opcję asekuracyjną: poruszają się w zakresie 5-7 dla wygranych i 4-6 dla przegranych, zawsze da się to obronić i jakoś uzasadnić. Często noty wystawia ten sam dziennikarz, który w czasie meczu pisze sprawozdanie i musi je, wraz z notami, wysłać na kolumnę tuż po gwizdku. Czy on naprawdę widzi dokładnie mecz? Nie, to oczywiste. Prasa zagraniczna mecze Polaków traktowała na luzie, były trzecioplanowe, relacje pisali pewnie często praktykanci, bo czołówka pojechała do Francji. I jak taki dziennikarz ma właściwie ocenić graczy, skoro nawet dobrze ich nie zna? Zauważy, kto asystował przy golu (plus jeden punkt do noty, a może i dwa jeśli gość ma głośne nazwisko), kto strzelił (plus jeden, albo i dwa...), czy bramkarz coś zawalił albo wykonał świetną paradę. I tyle. Wygranych główek Glika nie zliczy, odbiory Błaszczykowskiego mu umkną, na Mączyńskiego uwagi nie zwróci, zwłaszcza że komentator rzadko używa tego nazwiska, bo trudne do wymówienia... Naprawdę nie było się czym podniecać, czytając te noty, tak wygląda - często! - współczesne dziennikarstwo. Może być jeszcze tak, że praktykant jest młodym gniewnym, który uzna, że jak da najniższą notę Lewandowskiemu, to będzie się o tym i jego tekście mówiło. No i daje...

Myślicie, że w wielkich gazetach tak nie ma? Ha, pewnie, że jest. To przecież czołowy hiszpański dziennik wydrukował skład Polaków z sufitu (albo ostatniego meczu z Ukrainą), zapowiadając 1/8 finału ze Szwajcarią. Znalazł się w nim nie tylko Zieliński, ale nawet pauzujący za kartki Kapustka, a brakło Piszczka. O czym to świadczy? Że świetna skądinąd gazeta uznała, że dla jej czytelników mecz Polaków nie ma znaczenia, składy zamieszczono z przyzwoitości.

Kiedyś, gdy jeszcze pisałem do PS, będąc na meczu zmuszałem się do uważanej obserwacji stawiając na składach znaczki przy każdym nazwisku: faulował, faulowany, na spalonym, strzał celny, kluczowe zagranie, kluczowy błąd. Zawsze coś pomocnego w ocenie, no i przymuszenie do koncentracji. Dziś rzadko dziennikarz ma na to czas (i to nie jego wina),  chęci niestety też (tu już jego błąd), a szkoda. Bo nie każdy ma przecież dostęp do fachowych programów z analizą i wiedzy, jak te dane zinterpretować.

Dlatego dyskutujemy i bardzo dobrze. Ale o jedno na przyszłość apeluję: z ocen większości zagranicznych mediów nie róbmy czegoś istotnego, patrzmy na nie z przymrużeniem oka. One naprawdę często są wystawiane losowo...

PS. Po wczorajszym tekście dotyczącym rzutów karnych (do przeczytania TUTAJ, zachęcam), na moim twitterze pojawiła się ciekawa dyskusja. Najciekawsza jest moim zdaniem propozycja użytkownika @VoskyPL, by karne strzelać... przed dogrywką. Pomysł jest moim zdaniem idealny, nawet jeśli jest utopią, bo wszyscy wiemy,  jak rzadko następują zmiany w piłkarskich przepisach. Na czym polega? Gdy w fazie pucharowej pada remis, piłkarze od razu przystępują do strzelania jedenastek. Ich triumfator nie awansuje jednak natychmiast  do kolejnej rundy, a zapewnia sobie jedynie przewagę przed dogrywką: jeśli w tej padnie remis (i tylko wtedy!), wygrana w konkursie jedenastek zapewnia awans. Jeśli któryś zespół wygra dogrywkę, wcześniejsze karne nie mają znaczenia...

Ja nie widzę wad tego systemu, serio. Ileż to razy oglądaliśmy dogrywki, w których obie strony czekają na karne? Teraz mamy to z głowy. Ileż to razy mówimy: "bramka którejś z drużyn otworzy mecz" i na tego gola czekamy? Ten problem by zniknął, przegrany w karnych musiałby zaatakować. A jakaż byłaby determinacja tych, którzy jedenastki przestrzelili? Wyobrażacie sobie, jak gryźliby trawę Zaza i Pelle, gdyby dostali cień szansy na rehabilitację?

W zapasach o inicjatywie i przyznaniu jednej ze stron decyduje, o ile dobrze pamiętam, losowanie. Tu inicjatywę obie strony mogłyby sobie wygrać, postawić się w sytuacji lepszej od rywala w kluczowym momencie rywalizacji.

Mnie się podoba, serio. I naprawdę nie widzę wad.

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI
*autor jest dziennikarzem i komentatorem nc+

fot. Pressfocus