Żelisław Żyżyński 03.07.2016

EuroŻyży. Szaleństwo 11 metrów

Najprościej byłoby powiedzieć, że z konkursem jedenastek decydującym o awansie jest jak z demokracją zdaniem Winstona Churchilla: to najgorszy system, ale do tej pory nie wymyślono nic lepszego. Prawda jest jednak inna: strzał z 11 metrów to element sztuki piłkarskiej, oddający na dodatek całą kwintesencję futbolu, czyli sportu, w którym droga od bohatera do zera jest wyjątkowa krótka i w którym ktoś skazywany na klęskę może pokonać giganta.


O karnych napisano i powiedziano już niemal wszystko - na temat strzału z 11 metrów powstały już nawet książki i dziesiątki telewizyjnych analiz, w których autorzy próbowali dowodzić, że każdy karny jest do obrony. To oczywista herezja - perfekcyjnie uderzonej z wapna piłki nie odbije żaden bramkarz, chyba, że rzuci się przed strzałem. Wtedy jednak o perfekcji mówić nie będziemy, bo strzelec musi do końca kontrolować, co zrobi bramkarz, więc... co było do okazania. Ciekawsze jest co innego - temat jedenastek pozostanie niewyczerpany dopóki te będą wykonywane. Zawsze znajdzie się szaleniec, który wymyśli coś nowego i wtedy albo zostanie na zawsze włączony do grona geniuszy (niczym Antonin Panenka), albo do końca kariery zmagać się będzie z przyklejoną łatką błazna (ciao, Simone Zaza). Szerokość pasa granicznego oddzielającego te dwie skrajności jest jeszcze mniejsza niż długość mikrokroczków stawianych w sobotę przez napastnika Juventusu.  

"Nigdy nie miałem do pokonania dłuższej drogi niż z środka boiska do punktu 11  metrów od bramki", "Przeżyłem największy dramat w karierze", "W głowie kłębiły się tysiące myśli" - to słowa regularnie wypowiadane przez piłkarzy, którym po 120 minutach rywalizacji przyszło wykonywać rzuty karne. Niektórzy dodają jeszcze kilka słów o bramkarzu, który z rozłożonymi szeroko ramionami wyglądał, jakby równocześnie trzymał się obu słupków, a głową wyrastał ponad poprzeczkę, co tylko pokazuje, jak ekstremalnym przeżyciem jest uderzenie z 11 metrów w kluczowym momencie rywalizacji. To naprawdę wyzwanie dla najlepszych, a dla tych słabszych coś gorszego niż odesłanie na rok do karnej kompanii podczas służby wojskowej.

Ci najlepsi też jednak się mylą i to ich pudła pamięta się najdłużej. Zwłaszcza seryjne: pamiętacie pewnie Martina Palermo i jego graniczącą z szaleństwem pewność siebie, gdy postanowił po dwóch pudłach w jednym meczu, strzelać też trzeciego karnego? I znów pudłując?... Pal jednak licho Palermo, Argentyna i tak go kocha: prawdziwi giganci futbolu od dekad miewają problemy ze skutecznym strzałem z 11 metrów. Leo Messi ma większy kłopot z trafieniem z 11 metrów niż z 22 i to w sytuacji, gdy od bramki dzieli go jeszcze mur; pudłował też Platini, Socrates, van Basten i wielu, wielu innych, bez względu na numer na plecach. Nie pomylił się bodaj tylko Johann Cruyff, także dlatego, że po prostu karnych nie wykonywał. Zdaniem niektórych uważał to za zbyt łatwe, więc gdy już podszedł do piłki ustawionej na 11. metrze, to rozegrał ją w Ajaksie z Jesperem Olsenem, strzelając gola, który przeszedł do historii. Gdy jednak podobnej sztuki chcieli dokonać w Arsenalu Henry i Pires, narazili się na śmieszność i drwiny - coś, co miało być wygłupem sprawiło - to słowa samego Piresa - że przeżył w kilka sekund największy stres w życiu, kombinując jak zagrać piłkę metr w bok, do wbiegającego tam partnera.

Po 120 minutach walki karnego rozegrać jednak nie można, to strzelec zostaje sam. Antonin Panenka w finale mistrzostw Europy w 1976 roku przeszedł do historii, ale jego partnerzy opowiadają, że gdy tylko zdali sobie sprawę co ich kolega zamierza zrobić, stracili z emocji kilka lat życia. Czech zachował spokój niebywały, jakże odmienny od stanu ducha Graziano Pellego. Gość, który potężnym uderzeniem potrafi niemal rozerwać siatkę, w niedzielę poturlał piłkę daleko obok słupka, przy którym i tak był już Neuer. Mało osób zwróciło uwagę, co zrobił przed strzałem - zaczął niemieckiemu bramkarzowi sugerować, że kopnie jak Panenka, podcinając piłkę i kierując ją w środek. Już to źle wróżyło, to golkiper częściej szuka interakcji, by zakłócić koncentrację rywala... Gdyby Pelle pokazał podcinkę i ją wykonał - byłby dziś we Włoszech Bogiem, bo Neuer w środku nie został. Ale gdyby Niemiec się nie ruszył i złapał piłkę do koszyczka?... Cóż musi się dziać w głowach strzelców w ciągu tych kilku sekund od gwizdka do kopnięcia piłki? I w ciągu tych kilkunastu, gdy kilka razy zmieniają zdanie, w który róg strzelić, idąc od środka boiska w pole karne?

Karne to loteria, ale piękna dla widza. Łutu szczęścia potrzeba, bo przecież zmęczenie po 120 minutach jest gigantyczne, więc i precyzja mniejsza, ale bardziej przydaje się trening i powtarzalność. Od błazenady przy karnym wolę moc, z jaką piłkę do siatki kierowali Kamil Glik i Grzegorz Krychowiak, albo spokój tych, którzy do końca czekają, gdzie ruszy się bramkarz. Kuba Błaszczykowski zazwyczaj wykonuje karne podobnie - tym bardziej powinien uważać, czy nie wie o tym bramkarz. Śmiem twierdzić, że przeciwko Portugalii uderzył lepiej niż w rywalizacji ze Szwajcarią, ale tam właśnie fart był po jego stronie, Sommer poszedł w drugi róg...

Osobną historię piszą przy rzutach karnych bramkarze, o których coraz mniej osób mówi, że nie czują presji i że nic nie muszą. Pamiętacie łzy Łukasza Fabiańskiego, więc raczej tego nie potwierdzicie - on wiedział, że bramkarz powinien częściej wyczuwać intencje strzelców. Wielki Gianluigi Buffon przy każdym strzale Niemców był we właściwym rogu, wywierając na przeciwnikach dodatkową presję, zmuszając kolejnych strzelców do zastanowienia, ile jego uderzeń przeanalizował rywal. Baza danych, jaką dysponował Hans van Breukelen, pozwoliła mu w finale Euro 1988 obronić strzał z karnego Igora Biełanowa, a ta historia sprawiła, że podobnych baz danych zaczęło powstawać znacznie więcej. I ta matematyka rzeczywiście może pomagać, ale tylko do pewnego momentu - tysiące myśli kłębiących się w głowie strzelca i bramkarza sprawiają, że karny ma w sobie element nieprzewidywalności. Także dlatego my, widzowie, tak kochamy konkursy jedenastek, choć zdarza się nam później na nie narzekać.

We Włoszech i Anglii od lat mówią o przekleństwie jedenastek, ale tylko pogłębiają w ten sposób mentalne problemy swoich piłkarzy. Samospełniająca się przepowiednia działa i działać będzie dopóty, dopóki ktoś będzie wierzył w klątwę, a nie w argumenty o ciężkiej pracy, która popłaca. Im więcej jedenastek wykonasz na treningach, z tym większym spokojem podejdziesz do karnego w najważniejszym momencie kariery. I nikt już nie będzie powtarzał, że w karnych najważniejszy jest łut szczęścia. Bo dlaczego miałoby prawie zawsze sprzyjać ono Niemcom?

 

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI

autor jest dziennikarzem i komentatorem nc+