Żelisław Żyżyński 02.07.2016

EuroŻyży. Walia pogłębiła nasz smutek

Sensacyjny awans Walii do półfinału mistrzostw Europy pokazuje, że każdemu wolno marzyć. I warto, bo marzenia czasem się spełniają. Wynik piątkowego meczu ćwierćfinałowego tylko pogłębia jednak żal za straconą polską szansą.


Podobał mi się smutek, z jakim pojawili się w sali przylotów warszawskiego lotniska reprezentanci Polski, lekkie zdziwienie, że wita ich tyle osób i wiwatuje na ich cześć. Jeden z kadrowiczów biorących udział w mistrzostwach świata w Korei i Japonii w 2002 roku opowiadał mi kiedyś, że po powrocie do kraju czuł się lekko zażenowany, gdy zobaczył czekających na całą ekipę kibiców - do tego stopnia, że bardziej prawdopodobne wydawało mu się, że ludzie przyszli na kadrę bluźnić, a nie wiwatować na jej cześć. Reprezentanci wracający z La Baulle takich wątpliwości nie mieli, ale uśmiechów na ich twarzach nie było. I trudno się dziwić, bo przecież oni chcieli osiągnąć więcej, a lądowanie w kraju miało miejsce ledwie kilkanaście godzin po gigantycznym wysiłku w Marsylii i nieprzespanej nocy. Zmęczenie fizyczne wymieszało się z psychicznym i nie zdołały tego zamaskować ciemne okulary o które część kibiców - bezpodstawnie moim zdaniem - miała do swoich ulubieńców pretensje.

Ten smutek najlepiej pokazywał, że gracze Adama Nawałki zadowoleni z osiągniętego na Euro wyniku nie są a radość i duma odczuwane już teraz przez kibiców pojawią się - być może - za kilka dni. A być może nigdy, bo przecież piątkowy awans do półfinału Walii jeszcze bardziej urealniał marzenia o wielkim wyniku z jakim pojechali do Francji Polacy. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało - bylibyśmy faworytem tego spotkania. Faworytem półfinału mistrzostw Europy!

Na oficjalne wypowiedzi naszych piłkarzy we Francji parzyliśmy początkowo z dystansem, mając wątpliwości, czy są to wyuczone i wtłaczane do głów przez sztab trenerski formułki, czy też gracze wyrażają swoje prawdziwe podejście do turnieju. To ciągłe: "Jeszcze nic nie osiągnęliśmy". "Nie patrzymy na drabinkę a tylko na kolejnego rywala", "Zwycięstwo pozostawiamy za sobą, myślimy o kolejnym meczu" dla polskiego kibica piłkarskiego brzmiało dość egzotycznie, tym bardziej, że sami fani awans do ćwierćfinału uznali za spory triumf. Rzut oka na twarze Polaków po powrocie do Warszawy wystarczył jednak, by nie mieć żadnych wątpliwości, co do nastrojów panujących w La Baulle: ludzie Nawałki poprzeczkę zawiesili sobie bardzo wysoko i zakończyli imprezę ze świadomością, że ją strącili, choć mogli się nad nią prześlizgnąć. Wracali zapominając o wysokich lotach w eliminacjach i od początku turnieju, a w głowie mając tylko ostatni skok, w którym tak mało zabrakło, by jednak zaliczyć kolejny szczebel i zaatakować kolejny rekord Polski.

To, jak Polacy podeszli do swoich obowiązków, do treningowego reżimu ustalonego przez Adama Nawałkę, pozwala wierzyć, że teraz nie staną w połowie (lub też wręcz na początku!) swojej drogi, a podążą nią dalej, z jeszcze większą determinacją i wiarą. To, co stało się we Francji nie było przypadkowe, awansu do najlepszej ósemki w Europie nie dał nam łut szczęścia, a wytężona praca - i właśnie dlatego możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Praca popłaca, przypadek, z definicji, zdarza się sporadycznie.

PS. Szanse na doskonały wynik Polaków na Euro, także na tych łamach, przewidywałem, ale wyniku Walii - w żadnym razie. Jeszcze wczoraj, patrząc na dominację Belgów w pierwszych minutach, pokusiłem się o typ, że oni te mistrzostwa wygrają. Życie uczy pokory i to często bardzo szybko. Walia zagrała wczoraj kawał dobrego meczu, Belgowie pokazali, jak mało są warte gwiazdy bez dobrego trenera.  

 

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI

autor jest dziennikarzem i komentatorem nc+