Żelisław Żyżyński 29.06.2016

EuroŻyży: Ronaldo a sprawa polska

Nic podczas tego Euro – nawet wygrana Irlandii Północnej z Ukrainą i Islandii z Anglią – nie zaskoczyło mnie bardziej niż fakt, że w Polsce łatwo odnaleźć kibiców, którzy w czwartek mają zamiar kibicować naszemu rywalowi.

- Polska Polską, ale w tym meczu kibicować będę Cristiano Ronaldo – ostatnio naprawdę rzadko czytam w internecie coś poza wyjątkowo interesującymi mnie artykułami, ale kilka takich komentarzy napłynęło do mnie niejako samoistnie, pojawiając się gdzieś w twitterowych dyskusjach (bo twittera przeglądam regularnie, mam wątpliwości, czy to już nie nałóg). No i się zdziwiłem, choć znajomi przekonują mnie, że dziwić się nie powinienem, bo przecież Ronaldo i Messi są nie mniej popularni niż reprezentacja Polski, a i sukcesów w ostatnich latach też mają jakby trochę więcej. Ale ja nadal jestem zdziwiony, niczym ci ateiści, którzy wylądowali w piekle w skeczu Neo-nówki. Nasza kadra gra najważniejszy mecz w tym wieku, historyczny sukces jest o krok, a ktoś pisze, że będzie trzymał kciuki za piłkarza wprawdzie genialnego, ale jednak reprezentującego przeciwnika.

Wierzę – albo inaczej, chcę wierzyć - że pomysł na kibicowanie Ronaldo w czwartkowym meczu mieć mogą tylko dzieci, ale wiem, że jest to dość naiwne. Swoje zrobiły nie tylko umiejętności Portugalczyka, ale także rozpędzone machiny marketingowe: te klubowe oraz te skonstruowane przez firmy sponsorujące obu bogów współczesnego futbolu. Realowi Barcelona jest zwyczajnie potrzebna, Messiemu i Ronaldo rywalizacja z innym gigantem także sprzyja. To przecież te bitwy wzbudzają emocje i napędzają sprzedaż – koszulek, gadżetów, chipsów, czy praw transmisyjnych. Dlatego tak wielu osobom trudno dziś zrozumieć, że można z nadzieją czekać na popis obu gwiazdorów, że wcale nie trzeba któremuś z nich życzyć źle, że można po prostu cieszyć się z życia w czasach dwóch potężnych graczy – większość wychodzi z założenia, że kibic Messiego musi źle życzyć Ronaldo i na odwrót. I ja to nawet rozumiem, choć podejście mam inne – wszak w istotę dopingowania ulubieńców wpisana jest potrzeba posiadania nie tylko wspólnego idola, ale i wroga. Nie rozumiem natomiast, jak można nie zostawić tego wszystkiego na boku, gdy przed meczem rozbrzmiewa Mazurek Dąbrowskiego.

Są może i tacy wśród tych, którzy w czwartek kibicować będą Ronaldo, którym marzy się wynik 5:4 dla Polski i 4 gole Cristiano - przeciwko takiemu science-fiction akurat nic bym nie miał, legenda narosłaby jeszcze większa, tak Portugalczyka, jak i jego rywali. Większość chciałby jednak pewnie awansu piłkarza Realu i jego drużyny, a tu już krew się we mnie burzy. Bo jednak doping dopingiem, sympatie sympatiami, ale... biało-czerwona na maszcie! Tu chodzi o dumę narodową, reklamę naszego kraju i kolejny bodziec do rozwoju piłki w Polsce – jest kibic, który tego nie chce?

Jeśli więc ktoś naprawdę ma pomysł, by kibicować w czwartek Ronaldo i czyta ten tekst, sugeruję opamiętanie. Bo co będzie, gdy za 20 lat Wasz syn zapyta:
- Tato, pamiętasz ten ćwierćfinał Euro z 2016 roku? Opowiedz, gdzie oglądałeś, z kim kibicowałeś, jak go przeżywałeś? Reprezentacja Polski pisała przecież historyczny rozdział!
Warto mieć wtedy lepszą odpowiedź niż: „Załamałem się, bo Ronaldo przegrał. Wkurzała mnie ta cała radość w polskich mediach i euforia na ulicach”.

Nie sądzicie, że brzmiałoby to absurdalnie?

Żelisław Żyżyński

*autor jest dziennikarzem i komentatorem nc+

fot. Pressfocus