Wojciech Grzyb 16.05.2015

Grzyb: Dziś odchodzi legenda, która zdobyła moje serce

Trzy lata temu na swoim blogu na naTemat.pl Wojciech Grzyb napisał poruszający tekst Komu pomnik?, opisujący trzy wielkie legendy: Gerrarda, del Piero i Giggsa. Dziś, w szczególnym dniu dla fanów The Reds, publikujemy owy materiał zaktualizowany o komentarze Wojtka Grzyba.

Kiedy trzy lata temu pisałem poniższe słowa na moim blogu na portalu naTemat.pl nie sądziłem, że zostaniemy świadkiem chwili, w której Steven Gerrard będzie żegnał się z Anfield. A jednak. W dzisiejszym meczu przeciwko Crystal Palace wieloletni lider i kapitan „The Reds” zagra po raz ostatni przed własną publicznością zanim odejdzie do MLS. Cenię Gerrarda z wielu powodów stricte piłkarskich, ale tym, co ujęło mnie w jego osobie było również to, że czytając jego autobiografię, dostrzegłem wiele podobieństw do mojej skromnej osoby w kwestii postrzegania piłki nożnej nie tylko jako dyscypliny sportu, ale jako sposobu na życie, ogromnej pasji i  elementu, bez którego trudno wyobrazić sobie codzienną egzystencję.

Steve G ujął mnie niesamowitą szczerością w opisywaniu swojej dotychczasowej kariery na Anfield Road. W odróżnieniu od wydanej w Polsce autobiografii Ryana Giggsa, która jest według mnie odrobinę zbyt chaotyczna i pozbawiona emocji na jakie liczyłem, książka Gerrarda (Sports Book of the Year 2007 w Anglii) dostarczyła mi mnóstwo wyłącznie pozytywnych wrażeń.

Zaryzykuję stwierdzenie, że przy całym kunszcie, jaki Steven pokazuje na boisku, piłkarz okazał się równie dobrym autorem. Gerrard jest także prawdziwym wychowankiem Akademii Piłkarskiej swojego klubu, do której trafił już w wieku 8 lat. Giggs dla odmiany trafił do Manchesteru United ze szkółki innego, mniej znanego klubu. Natomiast trzeci, wielki piłkarz, którego opisywałem przed trzema laty, a więc Allesandro Del Piero, zanim został graczem „Juve”, zdążył rozegrać 14 spotkań w Calcio Padova (Serie B).

Tak się składa, że pisałem ten tekst kilkadziesiąt godzin po tym, jak w prestiżowych i, co najistotniejsze, zwycięskich derbach Liverpoolu, Gerrard strzelił Evertonowi wszystkie trzy bramki i kolejny raz był na ustach fanów „The Reds”, zapisując się przy okazji po raz wtóry złotymi zgłoskami w historii swojego klubu.

Wszystkich wielbicieli kapitana Liverpoolu i nie tylko odsyłam do lektury jego autobiografii, bo naprawdę warto poświęcić jej parę chwil. Przy okazji chciałbym przybliżyć dwie spośród wielu ciekawych historii zawartych w tej książce.

Pierwsza z nich opowiada o tym jak jako kilkunastoletni chłopak biegający całymi dniami za piłką poprosił kolegę, by na jeden mecz zamienili się koszulkami. Ów kolega miał na sobie trykot Bryana Robsona, którego młody Steven bardzo cenił, a który grał w tym czasie w Manchesterze United. Pech chciał, że tata Stevena, zagorzały sympatyk Liverpoolu, zauważył tę wymianę z okna pobliskiego domu Gerrardów i wpadł w szał, niedowierzając, że jego syn biega w koszulce odwiecznego wroga. Od tamtego wydarzenia Steven już nigdy więcej nie założył koszulki United.

Druga historia również poniekąd jest związana z klubem z Manchesteru, a to dlatego, że był to jeden z klubów, które za wszelką cenę chciały zatrudnić Gerrarda po turnieju Euro 2004 w Portugalii. Zresztą nie tylko sir Alex zagiął wówczas parol na wschodzącą gwiazdę „The Reds”. Chciała go równie mocno londyńska Chelsea oraz Arsenal, a z klubów zagranicznych Real Madryt i Barcelona. Na całe szczęście dla Liverpoolu, jego charyzmatyczny kapitan zdecydował się pozostać na Anfield Road, odrzucając tym samym możliwość zarabiania dużo większych pieniędzy.

Życie bardzo szybko pokazało, że to była ze wszech miar słuszna decyzja, ponieważ już w następnym sezonie Liverpool z naszym Jurkiem Dudkiem w bramce wygrał Ligę Mistrzów po niesamowitym, fascynującym i niezapomnianym finale z AC Milan w Stanbule, w którym do przerwy przegrywał 0:3. Na szczęście zaraz po wznowieniu gry, do życia swoją drużynę przywrócił oczywiście Steven Gerrard, strzelając gola głową i dając jasny sygnał, że jeszcze nie wszystko stracone. Ze sporą pomocą niebios i Jerzego Dudka, Liverpool po rzutach karnych dokonał rzeczy prawie niemożliwej, wygrywając Ligę Mistrzów jako zespół, który w Premier League nie zajął nawet miejsca na pudle.

Najlepszym podsumowaniem tego zamkniętego w sobie i skromnego człowieka niech będzie kilka zdań zamieszczonych z tyłu okładki jego książki: Steven Gerrard jest bohaterem milionów nie tylko jako kapitan FC Liverpool, ale również jako kluczowy gracz reprezentacji Anglii. Jego książka jest pasjonującą, szczerą i ożywiającą autobiografią piłkarską. Jeśli nie jest on jeszcze twoim idolem, będzie nim zanim skończysz ją czytać… Nic dodać, nic ująć.

WOJCIECH GRZYB (@WojtekGrzyb)

Fot. Pressfocus