Żelisław Żyżyński 16.05.2016

Żyżyński: Sezon wielu bohaterów

Na poziom zakończonego w niedzielę sezonu Ekstraklasy można narzekać, ale nikt nie powie, że brakowało w nim zaskakujących zwrotów akcji i bohaterów, z którymi łatwo utożsamiać się kibicom. I nie chodzi tylko o będącego regularnie na pierwszych i ostatnich stronach gazet supersnajpera Nemanję Nikolicia, ale także o tych, od których ciężko było czegoś oczekiwać, a którzy mieli wielki  wkład w sukcesy swoich drużyn.

Tę wyliczankę najłatwiej zacząć od Piasta i to od samego początku, od bramki. Przed sezonem klub z Gliwic dokonał najwyższego transferu w swojej historii, ściągając ze Słowacji Dobrivoja Rusova. Nie tak wcale dawny reprezentant młodzieżowy swojego kraju nie zagrał tymczasem ani minuty, bo miejsce na wszystkie 37 meczów zarezerwował sobie Jakub Szmatuła. 35-letni bramkarz Piasta przed rozgrywkami miał za sobą zaledwie 31 meczów w Ekstraklasie i mówiono, że jeśli gdzieś trafi w tym sezonie, to raczej do sztabu trenerskiego swojej drużyny niż do wyjściowej jedenastki. A tego, że będzie mocnym kandydatem do miana bramkarza sezonu, nie przewidziałby nikt. Począwszy od samego Szmatuły.

Inny kandydat do odebrania na gali Ekstraklasy wyróżnienia piłkarzy jest prawie rok od Szmatuły starszy Arkadiusz Malarz. Jego historia też ma w sobie coś niesamowitego, bo przecież dotychczas jedynym jego wyróżnieniem na polskich boiskach był Piłkarski Oscar za... kiks sezonu, w czasach, gdy grał jeszcze w Amice Wronki. W Polsce specjalnie doceniany nigdy nie był, nawet na jego interwencje i gigantyczną rolę odgrywaną w szatni GKS Bełchatów wielu patrzyło z przymrużeniem oka. Transfer do Legii najczęściej komentowano z użyciem słów: "kolega Żewłaka".  W niedzielę ten kolega odebrał pierwszy w karierze medal mistrzostw Polski i to odebrał ze świadomością, że ma ogromny wkład w jego zdobycie. Kilka punktów Legii to z pewnością jego zasługa (nie tylko ten za 0:0 w Chorzowie), także tych punktów, których nie widać dziś zerkając tylko na wyniki. Bo kto pamięta, jak obronił strzał Mateusza Cetnarskiego przy wyniku 1:0? I kto może być pewien, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby Cracovia wtedy wyrównała?

Do grona - nazwijmy ich umownie w ten sposób - bohaterów nieoczywistych, zaliczyć trzeba też kilka osób z Lubina. Nie tylko Macieja Dąbrowskiego, który w wieku 29 lat przekroczył setkę występów w Ekstraklasie, pokazując, że w tym wieku nadal można się rozwijać i zerwać łatkę przeciętnego ligowca, ale także tych, którzy mu ten rozwój umożliwili. Zagłębie to największy zbiorowy bohater sezonu. Trzeci zespół sezonu, najlepiej punktująca drużyna 2016 roku (tak, tak, mało znany fakt), ale przede wszystkim klub, który pod wodzą prezesa Tomasza Dębickiego i dyrektora Piotra Burlikowskiego zerwał z opinią bankomatu dla zagranicznego szrotu, a stał się symbolem dobrej pracy z młodzieżą. Beniaminek wskoczył na podium pozbawiając szans na mistrzostwo Piasta, co tylko pokazuje, że w kolejnych rozgrywkach też może się liczyć. Zwłaszcza, że tam pracuje się spokojnie, długofalowo, co daje wiarę, że ten sezon nie był wyjątkowym zrywem. Piotr Stokowiec może więc spać spokojnie - byli tacy, którzy zwalniali go w gazetach po przegranej w Mielcu z Termalicą w 4. kolejce, a on skończył sezon z brązowym medalem. Takim o ciężarze porównywalnym ze złotem.

Wygranym sezonu jest też Rafał Murawski - moim zdaniem żaden ligowy zespół nie był aż tak uzależniony od jednego piłkarza, jak Pogoń od niego. Gole, asysty, walka od pola karnego do pola karnego przez 90 minut - a najintensywniejsza podczas "Muraś time", między 75. a 90. minutą. Przedłużenie z nim kontraktu to dla kibiców ze Szczecina wiadomość równie dobra, jak awans klubu do czołowej ósemki. Teraz kapitana Portowców czeka dziwny sezon, bo przecież zagra także przeciwko Arce Gdynia, której... jest współwłaścicielem.

Drugi Murawski z środka pola, tyle że gliwickiego, też rekomendacji nie wymaga. Dużo mówiło się - zasłużenie! - o asystach Patrika Mraza, który zerwał łatkę imprezowicza z Wrocławia, dużo o graczach ofensywnych, a tymczasem to ten młody chłopak był sercem i płucami wicemistrza kraju. W końcówce Radek jechał na rezerwie, grał z kontuzją, siłą woli, niczym samochód na ostatnich etapach rajdu Dakar - bo wiedział, jak potrzebuje go zespół. W jego metrykę też warto spojrzeć, bo przecież skończył dopiero 22 lata.

Bohaterów jest więcej, dużo więcej:niezniszczalny Łukasz Surma, który teraz wprowadza do ligowej piłki urodzonego w 2000 roku Przemysława Bargiela, olśniewający po powrocie z zagranicy Filip Starzyński i Rafał Wolski (nie wierzę, że byli za słabi na zachód, raczej brakło im szczęścia w wybraniu właściwego kierunku i klubu odpowiedniego dla rozwoju. Stać ich na wiele), Mateusz Cetnarski, który grał cały sezon tak, jak końcówkę poprzedniego, gdy do ligi wrócił z zaświatów. A są przecież jeszcze ważne postaci pierwszych odcinków: Damian Dąbrowski, który mógł Cracovię zaprowadzić jeszcze wyżej, gdyby nie kontuzja, czy Jacek Góralski, człowiek znikąd, który pokazał jak twardo walczyć nie tylko z rywalami, ale i bólem pękniętej dłoni.

Patrząc, ilu piłkarzy można jeszcze dodać do tej krótkiej, bardzo wybiórczej listy (szybko dopisujemy jeszcze nazwisko Tomasza Jodłowca, Legia bez niego była zupełnie inną drużyną niż z nim w składzie), widać, że naprawdę był to dobry sezon. Dający nadzieję na kolejny, że będzie jeszcze lepszy. I na to, że brak Lecha Poznań w pucharach wcale nie musi oznaczać słabszego w nich występu polskich drużyn. Poza Legią miejsca w Europie nie utrzymał nikt - teraz Piast, Zagłębie i Cracovia muszą potwierdzić, że zasługują by walczyć o rankingowe punkty dla Polski. A Lechia Gdańsk - trzeci zespół 2016 roku! - że potrafi grać dobrze nie tylko wiosną. Fakt, że rywale będą musieli łączyć ligę z pucharami, co nawet warszawianom wychodziło ostatnio kiepsko, sprawie jedynie, że na nowy sezon czekać będę niecierpliwie. I mam wrażenie, że nie tylko ja.  

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI