Żelisław Żyżyński 07.05.2015

Żyżyński: Mnóżmy punkty w fazie finałowej!


Jeśli większość kibiców nie może się doczekać piątkowej inauguracji ostatniej fazy sezonu w Ekstraklasie, to znaczy, że jej reforma naprawdę ma sens. Dziś jest naprawdę dobra okazja, by już na spokojnie, tydzień po 30. kolejce, która wcześniej kończyłaby rozgrywki, raz jeszcze spojrzeć na plusy i minusy nowego systemu. Zwłaszcza że temperatura dyskusji, którą prowadziłem dość długo na Twitterze (@zzyzynski) nie tylko z kibicami, ale również z innymi dziennikarzami, a nawet trenerem Michałem Probierzem, pokazuje jak wielkie emocje wciąż ESA37. I z tego też należy się cieszyć – każdy marketingowiec przyzna, że najgorsza jest obojętność odbiorców.

Przeciwnicy reformy mają kilka argumentów. Pierwszy z nich: reforma nie podniesie poziomu. Ano nie podniesie, wypada się zgodzić. Obniżyć też jednak nie obniży, a większa liczba meczów to czynnik, który powinien raczej sprzyjać piłkarzom, którym wcześniej zdarzały się sezony trwające realnie niespełna 8 miesięcy. By piłkarze mogli grać częściej, do życia powołano Puchar Ligi, który jednak trenerzy – także ci, którzy narzekali, że polskim graczom brakuje meczów o stawkę - zarżnęli błyskawicznie i bez zastanowienia, o sprawiedliwym procesie nie wspominając. Ktoś jeszcze pamięta wyniki meczów finałowych? Albo chociaż sezony rozgrywania Pucharu Ligi? To naprawdę nie było tak dawno, a mnie w pamięci najbardziej pozostał lekceważący stosunek wielu szkoleniowców, którzy potrafili wystawić do gry całą jedenastkę odmienną od tej ze spotkania ligowego, albo nawet nie pojechać na mecz. Nic więc dziwnego, że kibic tego mocno wybrakowanego towaru nie kupił, a zamiast zwiększenia liczby meczów o stawkę mieliśmy ładniej opakowane sparingi. Tamta historia ostatecznie przekonała mnie, że tylko gra w lidze jest traktowana jest u nas poważnie, bo Puchar Polski do rangi FA Cup też ma jeszcze dalej niż poziom Ekstraklasy do poziomu Premier League. U nas, przynajmniej na trenerskich ławkach, obowiązuje zasada, że liczy się tylko liga. Dlatego mamy jej więcej.

Niektórzy narzekają, że rosnąca presja sprawia, że nie ma jak ogrywać młodzieży. W tym samym jednak momencie słyszę, że pierwsza część sezonu jest mało istotna, bo gra toczy się o podzielone punkty, więc do wygrania jest niewiele. Oba te argumenty wzajemnie się jednak wykluczają, więc trudno się do nich odnieść. O tym, jaki użytek można zrobić z pierwszej części sezonu, doskonale przekonali zwłaszcza Henning Berg i Michał Probierz… Bardzo bym chciał, aby w ślady trenera Legii mogli pójść jesienią kolejni, którzy reprezentowaliby nasz kraj w Europie. Mniejsza presja związana z ligą pozwoliłaby lepiej przygotować się do walki w pucharach, a punktów w rankingu UEFA potrzeba nam nie mniej niż kilku równych, naturalnych boisk treningowych i idealnej głównej murawy w każdym klubie.

Presja… Najwięcej narzeka na nią publicznie Michał Probierz, znów biorąc na siebie rolę chorążego wśród trenerów – to on walczy w pierwszym szeregu pod flagą pokrzywdzonych szkoleniowców, choć akurat jemu nic złego w tym sezonie się nie stało. Ambicja walki o ósemkę i spokojne dogranie rozgrywek sprawia, że część prezesów wykonuje nerwowe ruchy – tu wypada się zgodzić. Nie zgodzę się jednak, że ta presja powinna pętać nogi piłkarzom, bo przecież oni dostaną zawsze drugie życie w fazie finałowej. Jak się nie uda, będzie jeszcze walka w kolejkach 31–37, a naszym piłkarzom brakuje przecież meczów o stawkę. By potem walczyć w pucharach, gdzie każdy błąd kosztuje, muszą przyzwyczajać się do stresu, do dźwignięcia ciężaru oczekiwań. Temu też służy nowa reforma.

TUTAJ CZYTAJ: WIELKIE WZMOCNIENIE MANCHESTERU!

Trudno się nie zgodzić, że wadą nowego systemu, jest fakt, że kilka drużyn w górnej części tabeli będzie chciało tylko dokończyć sezon, nawet o pucharach – a udział  nich zapewni nawet 4. miejsce – nie marząc. Lub obawiając się marzyć, by nie sprawiać kłopotów działaczom i samym sobie… Cóż, koszta i wady reformy też muszą być, to jest właśnie część z nich. Z drugiej jednak strony grający na luzie piłkarze mogą sprawić niespodziankę (nawet trenerowi!), a i ten w nagrodę za awans do górnej ósemki będzie mógł zobaczyć, na co stać młodszych piłkarzy…

I wreszcie na koniec, ostatnie, ale nie najmniej ważne: dzielenie punktów, przez niektórych określane nawet mianem kradzieży połowy dorobku. By reforma miała sens, w decydującej fazie trzeba grać o większą stawkę niż przez 30 kolejek. Zysk z rundy zasadniczej i tak jest duży, znacznie większy niż w ligach, w których obowiązuje klasyczny system play-off. W NBA zespół, który w regular season wygrał 42 mecze przystępuje do rywalizacji z takim, który zwyciężył 70 razy, na równych warunkach, mając tylko perspektywę rozegrania decydującego meczu na wyjeździe. W siatkarskiej PlusLidze jest podobnie… A co ma powiedzieć trzeci zespół angielskiej Championship – by wrócić jednak do przykładów piłkarskich – który przez system play-off ma dokładnie takie same szanse na awans? Norwich ma 86 punktów, Ipswich 78, ale tej różnicy już nie ma – czy ktoś tam narzeka na „kradzież ośmiu punktów”? Nie, każdy czeka na emocjonujący finał na Wembley, bo to przecież najbardziej podnieca każdego kibica.

Co bym zmienił w nowej reformie? By uniknąć argumentu o wspomnianej kradzieży połowy punktów, nic bym nie dzielił, a… mnożył punkty w fazie finałowej przez dwa. Sześć za wygraną, dwa za remis. Nikt by wtedy nikomu nie zabierał, a wynik pozostałby taki sam. To wie nawet pokolenie, które, jak moje, matury z matematyki pisać nie musiało. 

Słyszę często „nigdzie się tak nie gra” i zastanawiam się, jakie larum podnieśliby kibice w Polsce, gdyby w latach 80. ustalić, że w naszej lidze za zwycięstwo przyznawać się będzie trzy punkty, a za remis jeden. System brytyjski kupił już dawno cały świat, więc może i nasz kiedyś spodoba się komuś w innych krajach, jak wiele wynalazków polskich naukowców? 

Nie miejmy kompleksów, naprawdę. I porzućmy już wszelkie dyskusje na temat systemu rozgrywek, czekając na emocje fazy finałowej. Będzie się działo, tego jestem pewien.

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI (@zzyzynski)

Autor jest dziennikarzem platformy NC+

Fot. Pressfocus