Adam Godlewski 18.10.2015

Lech wciąż na dnie, a schody dla Urbana dopiero się zaczną

Na pytanie, co zmienił Jan Urban w Lechu przed meczem z Ruchem, odpowiedź może być tylko jedna: nic. Trzeba od razu jednak dodać, że nic zmienić nie mógł, ponieważ dostał zbyt mało czasu na postawienie własnego stempla na grze poznańskiej drużyny.

W Kolejorzu źle dzieje się co najmniej od początku sierpnia, ale sposób i tryb zmiany szkoleniowca (która wydawała się nieuchronna już co najmniej dwa tygodnie wcześniej), nie wróży, niestety, niczego dobrego na najbliższą przyszłość zespołu z Bułgarskiej. Niestety, ponieważ mamy do czynienia z obrońcą tytułu i najbogatszym, obok Legii oraz Lechii, i najbardziej medialnym klubem w lidze. Zatem jego brak w czołowej ósemce po sezonie zasadniczym byłby osłabieniem grupy mistrzowskiej. Tyle że w formie z minionej soboty Lech nie kwalifikuje się do rywalizacji w górnej połowie tabeli w serii finałowej.

Kiedy na Twitterze postawiłem tezę, że Urban został wsadzony na konia, momentalnie zaprotestowali Zbigniew Boniek i menedżer Mariusz Piekarski. Argumentując, że Lech jest wielkim klubem, a poza tym Jankowi nikt nie przystawiał pistoletu do głowy przy podpisywaniu kontraktu. Jeśli zatem nie widział(by) potencjału w Lechu, mógł(by) powiedzieć: sorki, dziękuję, nie interesuje mnie to. Tymczasem moim zdaniem, właśnie nie mógł. Bo takim klubom jak Lech w polskich realiach po prostu się nie odmawia. Nie można wykluczyć, że Urban mógł dostać propozycję z Bułgarskiej tylko teraz. I nigdy więcej. A poza tym już od dość dawna pozostaje bez pracy, a z kupki nie każdy może dobierać w nieskończoność. Tymczasem zarząd Lecha nie dołożył wszelkich starań, żeby zapewnić nowemu szkoleniowcowi miękkie lądowanie. Skoro trener Jan nie musiał nigdzie rozwiązywać kontraktu, aby móc zacząć robotę z Kolejorzem, to dlaczego nie przejął zespołu na początku reprezentacyjnej przerwy, tylko w połowie? Szefowie klubu zbyt długo wahali się ze zwolnieniem Macieja Skorży, czy działali spontanicznie, to znaczy zupełnie bez planu?

Wszystko wskazuje na to, że w Lechu zawiedli w tym sezonie nie tylko Skorża i jego preparatore fisico Paolo Terziotti oraz piłkarze, ale również zarząd. Trudno bowiem dostrzec istnienie nawet namiastek planu awaryjnego na wypadek kryzysu. Pewnie, tak głębokiej zapaści psychomotorycznej zespołu świeżo kreowanego mistrza Polski nie mogli spodziewać się nawet najwięksi wrogowie Kolejorza, ale to nie zmienia faktu, że jakiekolwiek ruchy zostały podjęte za późno. I to zdecydowanie! Zwłaszcza że gdzie jak gdzie, ale akurat w Poznaniu letnie kryzysy to nie wybryk obecnych rozgrywek, tylko trwała norma. W tym roku udało się co prawda przebrnąć przez kwalifikacje Ligi Europy i nie odpaść z Pucharu Polski już na dzień dobry, ale kosztem ogromnych strat poniesionych w ekstraklasie. W latach poprzednich krajowe rozgrywki ligowe nie cierpiały natomiast tak mocno, za to Kolejorz potykał się na Żalgirisie Wilno, Stjarnanie, Miedzi Legnica i Olimpii Grudziądz w LE oraz PP. Czyli de facto nie zmieniło się nic, inaczej zostały rozłożone jedynie akcenty powtarzającej się zapaści. A że kryzys rozpoczął się dopiero po meczu o Superpuchar, trwa dłużej. I jest głębszy.

Nie przekonują mnie argumenty, że nic to w zasadzie nie zmieniło, że Urban dostał tylko niespełna tydzień na wejście w zespół (choć mógł dostać prawie dwa), ponieważ w tym czasie przy Bułgarskiej i tak nieobecnych było wielu kadrowiczów. W różnych rocznikach reprezentacji Polski i obcokrajowców. Przecież Marcin Kamiński, Łukasz Trałka, Szymon Pawłowski, Darko Jevtić, czy Marcin Robak – a zatem wcale nieteoretyczny trzon zespołu – nie byli nigdzie powołani i mentalną naprawę nowy trener mógł zacząć właśnie od tej grupy tydzień wcześniej niż było mu to ostatecznie dane (czyli zaledwie pięć dni przed debiutem przy Bułgarskiej). Teraz przed Lechem mecze z Legią Warszawa oraz Śląskiem Wrocław. I to wyjazdowe. Nawet zatem biorąc pod uwagę, że oba te kluby, które jako ostatnie przed Kolejorzem wygrywały mistrzostwo, także mają swoje problemy, wcale nietrudno zaryzykować tezę, że schody dla Urbana dopiero się zaczęły. Bo czasu na niezbędne korekty ma dramatycznie mało. Jeśli nie połamie sobie nóg na najbliższych przeszkodach, niewątpliwie zostanie uznany za cudotwórcę. Co jednak będzie, a to bardziej prawdopodobny scenariusz, jeśli także w dwóch najbliższych kolejkach poznański zespół nie zdoła się przełamać?

ADAM GODLEWSKI*

*autor jest dziennikarzem tygodnika „Piłka Nożna”

fot. Pressfocus