Adam Godlewski 04.10.2015

Platini był wielką nadzieją, ale dziś jest zużyty

Za niespełna trzy tygodnie powinien upłynąć termin zatwierdzania kandydatów w wyborach prezydenta FIFA. Świadomie używam terminu: powinien, ponieważ akurat w przypadku światowej federacji piłkarskiej, a już szczególnie w odniesieniu do elekcji, nic ostatnio nie działo się tak, jak wcześniej można było przewidywać. I zupełnie inaczej niż obiecywano. Zresztą obecna sytuacja również jest nadzwyczajna, ponieważ w kręgu podejrzeń szwajcarskiej prokuratury znalazł się także Michel Platini. Czyli szef UEFA i największa – dotąd – nadzieja Europy na pokonanie faworytów ustępującego w okolicznościach wielkiego skandalu korupcyjnego Seppa Blattera.

Zapewne nie ma przypadku, jeśli idzie o termin medialnego ujawnienia wątku Platiniego w dochodzeniu prowadzonym w FIFA. A tym bardziej – w oficjalnym określeniu Francuza przez rzecznika prokuratury kimś pomiędzy świadkiem a podejrzanym. Nie mam cienia wątpliwości, że ktoś to starannie wyreżyserował i starannie rozegrał. Jeśli nie zostaną postawione zarzuty przez szwajcarski wymiar sprawiedliwości, szef UEFA nie zostanie oczywiście zupełnie zdyskredytowany jako kandydat na prezydenta światowej federacji, ale reputacja genialnego niegdyś piłkarza już ucierpiała. Na tyle, że Szkocki Związek Piłki Nożnej wycofał poparcie dla – jak się wydawało – wspólnego europejskiego kandydata.

Nie zamierzam być adwokatem Platiniego. Nie mam przecież żadnej wiedzy, czy – i jaką – pracę rzeczywiście wykonywał na rzecz FIFA, aby zapracować na 2 miliony franków na przełomie wieków (bo tego okresu dotyczy dochodzenie). To jest oczywiście bardzo prawdopodobne, skoro bowiem po mistrzostwach świata France '98, a przecież przez 5 lat pełnił funkcję szefa komitetu organizacyjnego mundialu we własnym kraju, nie przyjął posady głównego trenera w Realu Madryt. Przytoczony fakt dowodzi bowiem, że nie dość, iż musiał mieć wówczas nie tylko dobrze płatną, ale na dodatek taką pracę, która sprawiała frajdę. Przecież, na logikę, w innych okolicznościach nie odmówiłby Królewskim. Tyle że zastrzeżeń, choć nie prokuratorskich, do postawy Platiniego pojawiło się przy okazji znacznie więcej. Przede wszystkim w odniesieniu do zaangażowania pana Michela w kierunek katarski – zarówno w kontekście przyznania finałów MŚ 2022, jak i inwestycji szejków w PSG.

Platini był znakomitym piłkarzem, być może nawet najlepszym w historii na pozycji... 9,5 (i właśnie jako kogoś między dziewiątką i dziesiątką sam siebie określa). Młodzież niech żałuje, że nie widziała, jak rozgrywał i strzelał, jak dryblował i wykonywał rzuty wolne. Bo to bez słowa przesady była maestria. Później nie okazał się fartownym selekcjonerem trójkolorowych, choć nie był zły i w tym fachu, za to świetnie zaprezentował się jako dyrektor komitetu organizacyjnego mundialu. To była przepustka do świata wielkiej piłkarskiej dyplomacji, której ukoronowaniem miał być wybór – 26 lutego 2016 – na fotel prezydenta FIFA. Jeśli mam być szczery, po lekturze wywiadu-rzeki z Francuzem, nieefektownie zatytułowanej po prostu „Porozmawiajmy o futbolu”, byłem zresztą przekonany, że nie ma lepszego kandydata. Platini zaprezentował się bowiem na jej łamach jako futbolowy intelektualista i filozof, a przede wszystkim facet, który znając w detalach historię piłki nożnej, ma również klarowną wizję rozwoju dyscypliny.

Lekturę książki oczywiście polecam - naprawdę dużo można dowiedzieć się o przeszłości, kulisach, ale także przyszłości futbolu, a nie tylko o nieupublicznionych wcześniej wątkach piłkarskiej kariery wielkiego zawodnika – ale w świetle ostatnich informacji napływających ze Szwajcarii już nie postrzegam Platiniego jako kandydata na wielkiego odnowiciela FIFA. To człowiek, któremu poprzednik Blattera, którym był Brazylijczyk Joao Havelange, zaproponował przejęcie sterów w światowej centrali już w roku 1998 (w duecie z rządzącym do dziś Szwajcarem). I gdyby wówczas Francuz zdecydował się na tandem z Seppem, rzeczywiście miałby świeże spojrzenie na instytucję, którą chce pokierować. Od tamtego czasu zdążył się jednak zużyć. A przede wszystkim nadwerężyć wizerunek, obecnie niewątpliwie daleki od kryształowego. Teraz jest przecież postrzegany jako członek tej samej wielkiej familii, tylko z młodszego pokolenia. Nie przymierzając – jak bratanek głównego bossa, który dotąd pływał na mniej wzburzonych wodach, ale i tak zdołał uwikłać się w sieci nie do końca transparentnych interesów i układów. A przez to nie może już być nadzieją całej Europy. Zwłaszcza wielką...

ADAM GODLEWSKI*

*autor jest dziennikarzem tygodnika „Piłka Nożna” 

fot. Pressfocus

ZOBACZ WSZYSTKIE TEKSTY TEGO AUTORA