Adam Godlewski 22.09.2015

Gigantyczny zjazd poznańskich gwiazd. Geneza katastrofy

Lech, który jeszcze całkiem niedawno fetował pierwszy od pięciu lat tytuł mistrza i snuł mocarstwowe plany, śrubuje kolejne – wydawałoby się niemożliwe do pobicia – niechlubne rekordy. Ostatniego gola poznaniacy wbili jeszcze w sierpniu, jedyne w tym sezonie ligowe zwycięstwo odnieśli, uwaga!, w lipcu. Niemal 80 procent meczów w bieżącym ekstraklasowym sezonie zakończyli porażkami.

Wydawałoby się, że gorzej już być nie może, ale podobne odczucia, jak po niedzielnej porażce z Jagą, kibice Kolejorza mieli już przed spotkaniami z Podbeskidziem, Termalicą, Piastem i Zagłębiem. Pięć kolejnych porażek to katastrofa, która na dziś w obrońcy mistrzowskiego tytułu każe upatrywać pewnie nawet nie murowanego kandydata do grupy spadkowej, ale i zespół, który do końca rozgrywek – nawet po podziale punktów – będzie musiał bronić się przed degradacją. Na dziś mistrz jest przecież w tabeli czerwoną latarnią, a końca przeciągającego się kryzysu wcale nie widać.

Nie ulega wątpliwości, że sztab szkoleniowy Lecha popełnił błędy w przygotowaniach. To przecież niemożliwe, żeby najlepszy zespół poprzedniego sezonu, na dodatek w poszerzonym składzie, tak bardzo obniżył loty w tak krótkim czasie zupełnie bez powodu. Poznaniacy oszukali wszystkich, ale najmocniej siebie, wygranym meczem o Superpuchar, w którym znokautowali – jak się okazało na swoje nieszczęście – Legię. Wtedy wydawało się, iż są na najprostszej drodze do grupy Ligi Mistrzów, tymczasem był to początek kłopotów. A właściwie łabędzi śpiew drużyny niesionej jeszcze mistrzowskim entuzjazmem. Już przecież od konfrontacji z Pogonią obserwowaliśmy gigantyczny zjazd poznańskich gwiazd. A właściwie to gwiazdeczek, które nie udźwignęły ciężaru sławy. Być może nawet pseudobohaterów, którym jednak w utrzymaniu poziomu nie pomogli nie tylko trenerzy, ale również właściciele i zarządcy klubu.

Przecież z dzisiejszej perspektywy letnie wzmocnienia Kolejorza można uznać za co najwyżej śmieszne. Denis Thomalla okazał się co najwyżej namiastką napastnika, Marcin Robak rekonwalescentem, zaś Dariusz Dudka i Abul Aziz Tetteh – wypełniaczami przestrzeni. Na domiar złego trup w Lechu ściele się gęsto. W tym sensie, że liczba kontuzji jest zatrważająco wysoka. W miniony czwartek w pucharowym starciu z Belenenses urazu doznał kapitan zespołu Łukasz Trałka, który tak mocno wykręcił staw skokowy, że będzie musiał pauzować kilka tygodni. Przed nim w bieżącym sezonie leczyli się, bądź leczą nadal, Darko Jevtić, Robak, Dawid Kownacki, a nawet pozyskany na finiszu okienka transferowego Maciej Gajos. OK, kontuzje są bardzo często – a nawet najczęściej – efektem zdarzeń losowych, ale to źle prowadzeni zawodnicy są szczególnie podatni na poważniejsze zdrowotne kłopoty. A plaga, która dotknęła obrońców tytułu nie pozostawia wątpliwości w kwestii jakości (czyli de facto jej braku) motorycznego przygotowania poznaniaków do wysiłku w bieżącym sezonie.

Pomijając jednak wszystkie wspomniane i te niewymienione trudności obiektywne, naprawdę trudno logicznie wytłumaczyć recesję, która dotknęła formę Kolejorzy. Przecież ambicja piłkarzy, a także ich indywidualne umiejętności czysto piłkarskie, są niezależne od aktualnej dyspozycji fizycznej. To oczywiste, że jeśli są gorzej przygotowani wydolnościowo, nie będą grali na sto procent. Obniżka możliwości musi być widoczna, ale spadek o 25, lub nawet 30 procent nie powinien – a nawet nie ma prawa – skutkować pięcioma kolejnymi porażkami w ekstraklasie. Bo tak czarna seria to przede wszystkim dowód na to, jak bardzo mistrzowie poprzedniego sezonu są bezjajeczni. Nie tylko zarabiają, ale i potrafią kilka razy więcej niż zawodnicy Podbeskidzia, Termaliki, czy Piasta. Zatem na pytanie, dlaczego z krajowego hegemona stoczyli się do poziomu głównego dostarczyciela punktów w lidze, powinni odpowiedzieć właśnie zawodnicy Kolejorza. Na czele z Trałką, Szymonem Pawłowskim, Karolem Linettym, Marcinem Kamińskim i Paulusem Arajuurim – liderami, którzy mają obowiązek nie tylko ciągnąć zespół, ale i potrząsnąć partnerami, kiedy wszyscy gubią rytm. A w kryzysowych sytuacjach nawet kopnąć w cztery lidery, jeśli inne bodźce nie przynoszą skutku...

ADAM GODLEWSKI*

*autor jest dziennikarzem tygodnika „Piłka Nożna” 

fot. Pressfocus

ZOBACZ WSZYSTKIE TEKSTY TEGO AUTORA