Adam Godlewski 06.09.2015

Najważniejszy okazał się klucz do... "Lewego"

Porażka w meczu z Niemcami we Frankfurcie została (niemal) okrzyknięta w Polsce mianem zwycięskiej. Oczywiście z tego powodu, że chyba nawet najstarsi górale nie pamiętają tak grającej reprezentacji. To znaczy potrafiącej podnieść się z kolan, konstruktywnie rozeźlonej niekorzystnym wynikiem, a przede wszystkim atakującej z taką determinacją, że nawet mistrzowie świata zupełnie pogubili się – wcale nie na krótko – w defensywie. Ułańskie tradycje w narodzie są długie i bogate, dlatego kawaleryjska fantazja i chęci zaprezentowane na Commerzbank Arenie przez piłkarzy Adama Nawałki zostały docenione mimo niekorzystnego rezultatu.

Po prawdzie, trudno zresztą nie docenić tej najważniejszej metamorfozy u kadrowiczów. Przecież nie tak dawne to czasy, kiedy po gongu od Ukraińców, zainkasowanym na Stadionie Narodowym, po naszych piłkarzach widać było przede wszystkim zniechęcenie i bezradność, a nie chęć dogonienia wyniku za wszelką cenę. Nawałka nie tylko wyplenił marazm, ale – jak się wydaje – wmówił też zawodnikom, że w reprezentacji są w stanie grać lepiej niż na co dzień w klubach.

Selekcjoner określa to syndromem 50 procent, bo właśnie o tyle jego zdaniem na przykład Sebastian Mila zagrał w październiku ubiegłego roku z Niemcami lepiej niż we wcześniejszych (ale i późniejszych) meczach ligowych. Zawodnicy uwierzyli w Nawałkę, udane otwarcie eliminacji Euro 2016 nakręciło dobrą atmosferę w reprezentacyjnej szatni i wokół drużyny narodowej. A to wszystko spowodowało, że powoływani zawodnicy wreszcie zaczęli tworzyć zespół z prawdziwego zdarzenia. Można jednak wnioskować, że główny klucz do sukcesu leżał w jeszcze innym miejscu. Mianowicie – obecny selekcjoner umiał zapewnić Robertowi Lewandowskiemu obsługę pewnie jeszcze nie identyczną, ale już na pewno porównywalną z tą, do jakiej nasz as przywykł w Bundeslidze.

Powierzenie Lewemu kapitańskiej opaski okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ Robert niezwykle przejął się nową rolą i z miejsca chciał być szefem dobrej, czyli skutecznej drużyny. Koniecznie lepszym od poprzednika, co jest absolutnie naturalną reakcją u ambitnego faceta. Jednak fakt, że zaczął być bardziej pożyteczny dla kadry, czego najlepiej dowodzą gole i asysty w kwalifikacjach Euro 2016 – odpowiednio 8+3 – wyniknął z korekty ustawienia. Przecież w czasach wcale nie prehistorycznych, na przykład w spotkaniu z Czarnogórą w eliminacjach ostatniego mundialu, Lewandowski musiał skorzystać z asysty rywala, aby wpisać się na listę strzelców. Był bowiem niczym rozbitek samotnie rzucony na wyspę, partnerzy grali zbyt daleko, aby mógł z nimi konstruować skuteczne ataki. U Nawałki wygląda to zupełnie inaczej – zresztą na punkcie organizacji gry obecny selekcjoner ma wręcz hopla – nasi reprezentanci atakują w sposób bardziej zespołowy, a przez to zróżnicowany. Kapitan nie musi więc głównie przepychać się i ścigać ze środkowymi obrońcami, wcale bowiem nie ma wymogu, aby to on kończył wszystkie akcje. Może podawać lepiej ustawionym partnerom (patrz: np. asysta w pierwszym meczu z Niemcami). Sam jednak również ma więcej bramkowych okazji. I to wcale nie tylko w starciach z Gibraltarem i Gruzją, bo mistrzów świata też przecież napoczął. A mógł zrobić im znacznie większą krzywdę.

Trudno o bardziej optymistyczne wnioski przed meczem ze Szkocją, który będzie kluczowy nie tylko dla Wyspiarzy. A warto w tym miejscu przypomnieć, że z tym rywalem biało-czerwonym nie udało się wygrać od 28 maja 1980 roku; inna sprawa, że od tamtej pory mierzyliśmy siły zaledwie czterokrotnie. 35 lat temu gola na wagę zwycięstwa w Poznaniu zdobył Zbigniew Boniek, którego "Lewy" już wyprzedził w klasyfikacji reprezentacyjnych strzelców. A skoro Robert jako pierwszy w historii Polak w miniony piątek strzelił Niemcom bramkę na ich terenie w meczu o punkty, to dlaczego w październiku nie miałby przełamać kolejnej kiepskiej passy naszej reprezentacji?

ADAM GODLEWSKI*

*autor jest dziennikarzem tygodnika „Piłka Nożna”

fot. Pressfocus