Żelisław Żyżyński 29.04.2015

Multiliga. I love this day!

Są takie mecze, na które czeka każdy piłkarz i najczęściej są to te same spotkania, na które czeka każdy dziennikarz zajmujący się piłką i kochający swoją robotę. W takie dni kibice czują, że dzieje się coś ważnego, a każdy odczuwa dreszczyk emocji przechodzący często w bardzo wyraźnie odczuwalny dreszcz.

Dziś jest właśnie taki dzień. Dziś pierwsza w tym sezonie Multiliga w nc+.

Po zajmowanej obecnie stronie ekranu debiutowałem w sezonie 2008/2009, ale wcześniej, jako kibic i dziennikarz, oglądałem wszystkie odcinki tego piłkarskiego show. Nawet gdy w ostatnich kolejkach byłem na stadionie, powtórka programu pochłaniała mi większą część następującej zaraz po powrocie do domu nocy. I nie żałowałem ani minuty spędzonej przed telewizorem. Podobnie pewnie jak większość kibiców z mojego pokolenia, wychowanych na audycjach Studia S-13. Pamiętacie to jeszcze? W każde sobotnie popołudnie w radiowej Jedynce królował futbol, a obecni na każdym meczu korespondenci na żywo opowiadali, co dzieje się na stadionach. TVP oferowała wtedy najwyżej drugą połowę jednego wybranego meczu, a na resztę bramek trzeba było czekać do prowadzonego przez Jacka Laskowskiego magazynu „Gol”, który emitowany był w niedzielę o godz. 20. Tam też zdarzały się wprawdzie historie typu: Ten strzał z dystansu był tak mocny i zaskakujący, że zaskoczył też naszego operatora, ale większość bramek jednak pokazywano. W Canal+ taki przypadek zdarzył się – z tego co wiem – tylko raz, wiele lat temu, gdy jeden z Kolegów dogrywał bliski plan strzelca i piłkę w siatce już… po meczu, ale TVP zdarzało się to częściej. Bramki najprościej było więc sobie wyobrazić na podstawie słuchanych z zapartym tchem na wędrownych obozach relacji radiowców w S-13. To musiało wystarczyć i… wystarczało. Emocje były gigantyczne.

Dziś wyobraźnia jest niepotrzebna. Kamer jest tyle, że żaden gol im nie umknie, każdy ładny strzał błyskawicznie trafia też do sieci, a już po paru minutach – ba, na żywo też! - można zobaczyć go na ekranie telefonu, będąc poza domem. Ale Multiliga nadal działa na wyobraźnię. Waszą, wiem o tym, bo słucham, co do mnie mówicie i piszecie, ale także naszą, ludzi pracujących przy tym przedsięwzięciu. Ja od pierwszego razu miałem poczucie, że biorę udział w czymś wyjątkowym.

Był maj 2009, na multiligowy debiut wysłano mnie na toczony w upale mecz „ostatniej kolejności odśnieżania”. Polonia Bytom i Jagiellonia Białystok walczyły już tylko o korzystne miejsce w tabeli i mecz ten uratować mogła tylko taka reforma, jak ta aktualnie obowiązująca. Ligowe dożynki, ale stres wcale nie mniejszy, tym bardziej że technicznie zadanie było najtrudniejsze.

Po pierwsze: konieczność pracy ośmiu ekip w ośmiu różnych miastach wymusiła zatrudnienie ludzi, nazwijmy to delikatnie, mniej z futbolem związanych. Po drugie: na takie kolejki, do produkcji sygnału, wynajmowane są ogromne wozy techniczne z innych telewizji, gdzie też pracuje się inaczej niż w mobilnych studiach, które dobrze znasz. Po trzecie wreszcie, dla mnie w Bytomiu w 2009 roku najważniejsze: są tylko trzy specjalne wozy montażowe, na których montujemy relacje do Ligi+ i Ligi+Extra. Pracując na nich, każdy skrót jesteśmy w stanie skończyć równo z końcowym gwizdkiem, a potem tylko dograć komentarz; każdy obrazek, który jest na wizji, możemy w dowolnym momencie wstawić w wybrane miejsce, podobnie jak każde ujęcie przyniesione przez operatora pracującego tylko dla nas, na potrzeby skrótu. Wtedy w Bytomiu było inaczej. Trzy potężne Bety (upraszczając: takie większe, profesjonalne magnetowidy), stały na drewnianych skrzynkach w budzie busa ustawionego na koronie stadionu. Na jednej taśmie nagrywaliśmy to, co przesyłano nam live z czeskiego wozu i co parę minut zmienialiśmy szybko taśmę (żeby tylko nic się w momencie zmiany nie wydarzyło, bo wtedy „nie byliśmy w zapisie”!), by wybrane fragmenty przegrywać potem jak na taśmach wideo, klejąc skrót. Odpowiadający za techniczną stronę Marek Rodziewicz dokonywał cudów, ja starałem się nie stracić żadnego ciekawego obrazka, zwłaszcza że tutaj, na taśmie, nic w środek nie wciśniesz… Jak coś umknęło, to… cóż, lepiej by nie umykało.

Gdy skończyłem pomeczowe łączenie, na stadionie został ze mną tylko mój gość (bodaj Jacek Trzeciak), operator i facet od zgaszenia światła. Miałem jednak wrażenie, że wziąłem udział w czymś wyjątkowym i wiem, ze dziś będzie tak samo. Super czuć, że jest się w jednym z tych dziewięć okienek, na którego podzielony jest multiligowy ekran i że ma się widzom coś ciekawego do przekazania… Tak jest co roku, choć lat już kilka minęło od tego bytomskiego debiutu.

Jak dziś wygląda Multiliga? W drodze do Zabrza mam ze sobą dwa Bardzo Ważne Arkusze. Jeden to tabele z rozpisaniem na role, co kto robi. To role najważniejsze dla nas, które musimy poznać. Dużo nazwisk, nie tylko tych ludzi, których zobaczycie w okienku telewizyjnym. A to i tak tylko dno tego wulkanu (chciałem napisać „wierzchołek góry lodowej”, ale nie oddałoby to temperatury wydarzeń), bo przecież na każdym z ośmiu meczów pracować będzie przynajmniej 20 osób: operatorzy kamer, dźwiękowcy, realizatorzy wizji, technicy, montażyści, spece od powtórek, koordynatorzy planu i anten (nie będę szczegółowo opisywał, sam się w tym czasem gubię)… Cztery spotkania będą transmitowane w całości, więc w Kielcach, Bielsku-Białej, Wrocławiu i Warszawie będą też komentator, ekspert i dwójka reporterów oraz montażysta skrótu. Na pozostałe cztery mecze wysłano tylko po jednym reporterze, by pracował na potrzeby Multiligi: łączył się ze studiem, omówił składy, przygotował skrót. Dodatkowo, ośmiu komentatorów zajmie cztery tzw. dziuple w naszej siedzibie przy Sikorskiego w Warszawie, a każda para obserwować będzie z małego, wytłumionego pokoiku po dwa mecze, na dwóch osobnych monitorach stojących tuż obok siebie. Oni też muszą być czujni, by nic nie stracić, nie zapatrzeć się w drugie spotkanie... To z nimi łączyć się będzie moderujący całość programu od 20:30, od pierwszego gwizdka, Tomek Smokowski. To oni przekonywać będą właśnie Tomka i wydającego cały program szefa zamieszania Piotra Małkowskiego, by już przenosić się na ich stadion, bo tam dzieje się coś ważnego. A gdy będzie już coś ultraważnego – Gooool! – w studio zabrzmi kultowy już sygnał, zwany przez niektórych gongiem.

POLSKI PIŁKARZ OSTRO O SOBIE: BYŁEM DEBILEM!

Największą koncentrację utrzymać muszą jednak Tomek Smokowski i Andrzej Twarowski. To oni starają się tak prowadzić program, by najlepiej wykorzystać gości w studio (dziś będą to Marcin Baszczyński, Sławomir Stępniewski i Kazimierz Węgrzyn) i by dać odpowiednią ilość czasu reporterom na stadionach. Za nimi jest niewidoczny sztab ludzi w reżyserce, a także nieocenieni koledzy dokumentujący wszystko to, co najważniejsze, dbający, by każda grafika miała sens, a na ekran trafiały wymyślone przez prowadzących obrazy. Krzysztof Wójcik, Maciek Klimek czy całość tak zwanej niezawodnej Grupy Łasica (niegdyś stażyści, dziś ważna część zespołu) to ludzie, których nazwiska widzicie tylko na pasku pod koniec programu, a bez których nie mógłby on powstać. Zerknijcie dziś proszę (hmm, jutro, 30 kwietnia) około pierwszej w nocy, ilu ludzi pracowało podczas Multiligi w samym tylko studio. A przecież nie będzie tam jeszcze nazwisk tych, którzy pracują w firmie każdego dnia, choć nie przy programie… Tak, tak, kolejne dziesiątki ludzi. Dodam jeszcze, że clip końcowy przygotuje tradycyjnie Radek Śliwiński – absolutny geniusz od „Złap sportu”, „Mamy po 20 lat”, ale też innych, poważniejszych, choć nie tak medialnych sztuk. A muzykę, która na sto procent wpadnie Wam w ucho i będziecie pytać, co to za kawałek, podrzuci pewnie Smok.

To już jest długi opis dłuuugiej sztuki, tak samo wydłużony, jak zazwyczaj Multiliga. Wielu pewnie nie doczytało. Ale tak to już jest, że planowane czasy łączeń (sprawdźcie, dziś mam pojawić się z gościem z Zabrza i omówić taktyki między 20:03 a 20:07…) rzadko pokrywają się z tymi rzeczywistymi. Zwłaszcza po meczach, gdy mija już północ.  

Co robi reporter na Multilidze? Rozjeżdżamy się wszyscy po Polsce, by spotkać się… głosowo o godz. 17, gdy zaczynamy pierwsze próby na stadionach. Głos każdego z nas dochodzi do studia, wracają rozmowy innych reporterów z Wydawcami i Prowadzącymi. Jest wesoło, bo są też opóźnienia podczas przesyłu… Po żartach czas na właściwe sprawdzenie i nagranie zaplanowanych wcześniej elementów multiligowego show. Od 17:30 wiążące ustalenia co do rozmów, które już i Wy usłyszycie. Wreszcie od 19:25 gotowość przed kamerami i przywitanie – ja pomacham Wam z prawego skrzydła mozaiki na telebimie w studio, przekaz z Zabrza będzie pod Wrocławiem, a nad Łęczną.

Po przywitaniu spotkamy się po kolei z naszymi gośćmi. Ja się cieszę, że w Zabrzu jest jeszcze o co grać, że na stadionie będzie czuć emocje. To stworzy klimat relacji. O resztę zadbać musimy sami, zrobić szybko po meczu ciekawy skrót i rozmówki, a przy tym tak kombinować, by się wyróżnić, byście nas zapamiętali. Do dziś pamiętam, jak relacjonujący kiedyś z Zabrza Czarek Olbrycht pokazywał wszystkie rodzaje stryczka i narzędzia zadawania bólu, by unaocznić, jak wiele przeszedł Górnik w tamtym sezonie (ostatecznie w tym meczu zabrzanie położyli głowę pod gilotynę…). Mnie miło, gdy operatorzy wspominają, jak zdejmowałem z kamery gotówkę (by pokazać, o ile idzie walka) lub koronę (Rudnevs walczył o króla strzelców) i mówią, że mimo braku 3D mieli wrażenie, jakbym im kasę i tę koronę ze stołu w domu zabierał, wyciągając rękę przez ekran. Takich rzeczy szukamy, nawet kosztem późniejszej riposty Andrzeja Twarowskiego, bym oddał już dzieciom koronę z Burger Kinga. Nie docenił "Twaro" sprzętu wprost z teatru…

Andrzej potrafi idealnie spointować każde łączenie i to też jest siła Multiligi. Gdy dwa sezony temu, mając „dożynkowy” mecz w Szczecinie i ostatnie łączenie w ostatniej kolejce, podbiegłem na koniec do piłki ustawionej na 11. metrze i trafiłem w okienko, określając to „ostatnim, transmitowanym golem sezonu”, od razu dodał coś o kilku dublach, choć program idzie na żywo. Tylko ja wiem, ile stresu było, mimo założenia przed łączeniem korków, nie tyle ze strzałem, co z dobiegnięciem do piłki po śliskiej murawie. Naprawdę rozumiem wczorajsze potknięcia graczy Bayernu, też widownię miałem sporą…

Dziś Multiliga, pierwsza z trzech w tym sezonie. Opisałem Wam, jak pracują ci, którzy przygotowują dla Was ten program po to, by jeszcze bardziej pozwolić Wam zbliżyć się do naszego studia, wejść do niego, stanąć z nami na murawach i czekać na wywołanie. Bo przecież cała ta wielka sztuka, te sześć godzin relacji na żywo, przygotowana jest właśnie z myślą o Was.

Miłego oglądania.

ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI (@zzyzynski)

Autor jest dziennikarzem platformy NC+

Fot. Pressfocus